Środa z Xenomorfem: Obcy 3

Po dwóch różnych, ale na prawdę niezłych filmach o Obcym przyszedł czas na trzecią odsłonę cyklu. W dzisiejszej recenzji zabieram się za „Obcego 3” w reżyserii Davida Finchera. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych jest to całkiem niezła produkcja, ale pozwolę sobie mieć ciut inne zdanie…

Przede wszystkim film ma bardzo powolne, wręcz usypiające tempo. Choć trwa prawie dwie godziny, to całą fabułę można streścić w kilku zdaniach i jestem pewien, że w streszczeniu nie ominięto by żadnych ważnych wątków czy informacji. Ale po kolei…

Uratowana z masakry pokazanej w „Obcym 2” czwórka bohaterów śpi sobie w kapsułach hibernacyjnych, gdy dochodzi do wypadku. Nieświadoma niczego załoga nie wie, że na pokładzie mają pasażera na gapę: Facehuggera, który próbując znaleźć żywiciela dla obcego embriona wywołuje na pokładzie pożar. Aby uratować załogę komputer pokładowy przemieszcza kapsuły hibernacyjne do szalup i wysyła na najbliższą więzienno-wydobywczą planetę. Niestety z całej opresji ratuje się tylko Ellen Ripley.

Pierwszy minus: za cholerę nie mogę zrozumieć zasad panujących w tym więzieniu. Mowa jest o tym, że była to kiedyś kolonia wydobywcza, ale z jakichś powodów załogę zredukowano do 25 osób. Nie zrozumiałem tylko jednego: kiedy i jak zamieniono placówkę w więzienie. Może to kwestia tłumaczenia na polski, ale całość jest dość niejasna. Wyraźnie usłyszeć można o tym, że mieszkańcy odbywają karę (np. za wielokrotne morderstwo) i że władze nad nimi sprawuje naczelnik. Ale z drugiej strony wiemy, że zajmują się produkcją ołowianych osłon i że mają hutę… Lekarz grany przez Charlesa Dance’a, były więzień, jest na planecie z własnego wyboru, a inni? Zawiłe to jest…

Wracając do fabuły… Ripley zostaje odratowana, lecz podejrzewając obecność Facehuggera w szalupie zleca autopsję Newt i nawet gdy nie ujawnia to embrionu Xenomorfa, na wszelki wypadek wymusza kremację wszystkich ciał. Oczywiście to za mało, bo na pokładzie szalupy udało się ukryć dwóm Xenomorfom (o tym za moment). Niestety… Z wyjątkiem postaci odgrywanej przez Charlesa Dance’a o imieniu Clemens cała reszta to naiwni idioci. Jeden ma nawet iloraz inteligencji 85, co staje się obiektem kpin reszty skazańców. Z wyjątkiem Clemensa nikt nie widzi nic dziwnego w działaniu Ripley i w tym, że wbrew surowym zakazom naczelnika więzienia ona robi sobie co chce i kiedy chce. Niby nie wolno jej opuszczać ambulatorium do czasu przybycia ekipy ratunkowej, ale Ripley chodzi sobie tam i z powrotem, a naczelnik nawet nie próbuje wyegzekwować stawianych przez siebie zakazów.

Z przykrością stwierdzam, że w przeciwieństwie do wyrazistych postaci z poprzednich części tutaj mamy do czynienia raczej z szaro-burą, bezkształtną masą. Powiem wprost: wszyscy totalnie mi się mylili – w trakcie seansu nawet nie byłem w stanie ich odróżnić. Nie dość, że wyglądali podobnie (co jeszcze dałoby radę umotywować fabularnie), to jeszcze zachowywali się identycznie i prawie żaden z nich nie był w stanie jakoś się wyróżnić. Na planecie jest 25 mężczyzn, ale tak na prawdę przez cały film poznajemy dokładniej tylko lekarza (czyli właśnie Clemensa), czarnoskórego przewodnika religijnego (Dillona granego przez Charlesa Duttona) i… tyle.  Poza nimi żadna z postaci nie ma charyzmy i nie przejawia krzty inteligencji czy… czegokolwiek. I ja mam ich polubić, albo się z nimi identyfikować?

W czasie, gdy Ripley starała się nic nie mówiąc nikomu upewnić, że Xenomorfy nie przybyły na planetę z nią, Facehugger korzysta z okazji i wykorzystuje jako żywiciela psa jednego ze skazańców. Tak, oglądałem wersję kinową, w której Obcy wykluwa się z psa. Wiem, że istnieje wersja reżyserska (czy też rozszerzona, w której zamiast psa mamy woła), ale będę się trzymał wersji kinowej. Wykluty z psa Xenomorf ma odrobinę inną charakterystykę, niż osobniki znane z wcześniejszych filmów, które jako żywicieli miały ludzi. Obcy z tego filmu nie chodzi na dwóch nogach, ale na czterech, co zostało wyjaśnione tym, że Obcy przejmuje część cech genetycznych żywiciela. I to jest akurat ciekawa koncepcja, która bardzo interesująco rozwija uniwersum i dodaje trochę nowych informacji o Xenomorfie. Tu mogę tylko chwalić.

Druga nowość dotycząca Obcego to sposób, w jaki pokazano to, co widzi Xenomorf w trakcie poruszania się. Widzowie mają możliwość poznania widoku z oczu Obcego, tylko że poza lekko zniekształconą perspektywą ów widok nie różni się niczym od tego, co na co dzień widzą ludzie. Te same kolory, te same kształty… Nic nadzwyczajnego, ani odkrywczego.

Problem z Obcym w tym filmie polega na tym, że nie ma tu absolutnie żadnego elementu niespodzianki, czy zaskoczenia. Z poprzednich odsłon znamy już cykl rozrodczy i możliwości biologiczne tych osobników, a lekka zmiana długości nóg to za mało, by osiągnąć efekt „wow!”. Do tego filmowcy popełnili ogromny błąd: pokazali Obcego w całości. Ze wszystkimi szczegółami. Na jasnym tle. W statycznym ujęciu. I pomimo tego, że projekt Obcego jest niesamowity, to taki zabieg obdarł go z resztek tajemniczości.

Z drugiej strony takie statyczne ujęcie wykorzystano do zrobienia jednej z najbardziej rozpoznawalnych i ikonicznych ujęć Xenomorfa. Każdy, kto kiedykolwiek interesował się serią filmów czy gier o Xenomorfie z pewnością kojarzy scenę, w której syczący i oślizgły Obcy powoli zbliża się do siedzącej w kącie Ripley, która z przerażoną twarzą i z zaciśniętymi oczami stara się jak najbardziej wtulić w ścianę. W tym momencie reżyser pokazuje ma zbliżenie na część twarzy Ripley i głowę Obcego… To ujęcie przeszło do historii.

Kiedy więźniowie orientują się, że w kompleksie jest zabójcza bestia całość przebiega już według znanego schematu: giną wszyscy szybko i boleśnie. Niektórzy pojedynczo, niektórzy grupkami (np. w trakcie zastawiania nieudanej pułapki). Tu nie ma żadnego zaskoczenia, a przewidywanie kto zginie następny nie bawi już tak, jak w filmie Camerona. Jedyne, co mnie zaskoczyło to fakt, że jako jedna z pierwszych zginęła jedyna osoba, którą choć troszkę zdążyłem poznać i która jako jedna z niewielu wykazywała oznaki inteligencji i indywidualności: lekarz Clemens.

Mniej więcej wtedy reżyser ujawnia jeden z twistów w filmie: Ripley ma w sobie embrion Obcego, w dodatku to królowa. W tym czasie do planety zbliża się ekspedycja „ratunkowa”, ale wszyscy wiemy, że nie ma ona na celu ratunku Ripley czy innych ludzi z planety, ale chodzi tu tylko o zebranie „materiału organicznego” do badań nad bronią. Innymi słowy „Firma” chce zgarnąć Obcego – nawet w postaci embrionu z ciała Ripley – by zrobić z niego broń biologiczną. Oczywiście główna bohaterka jest gotowa poświęcić własne życie, by do tego nie dopuścić, ponieważ obawia się, że jeśli Obcy w jakiejkolwiek formie dostanie się na Ziemię, to ludziom grozi katastrofa. Xenomorf jest zbyt zabójczy i wymykający się ograniczeniom, by móc tak po prostu zamknąć go w laboratorium.

Dochodzimy do finału filmu, gdy biegającego po kompleksie więziennym Obcego udaje się zwabić w pułapkę do pieca hutniczego i zalać roztopionym ołowiem, a jednocześnie na planecie ląduje grupka przedstawicieli „Firmy”. Tutaj miłe zaskoczenie i jeden z niewielu momentów w filmie pozwalających poczuć klimacik niepewności: jedna z osób wygląda jak android Bishop z poprzedniej części. Do końca nie jestem pewien, czy to faktycznie człowiek, czy też tylko android udający człowieka. Ważne, że krótki gościnny występ Lance’a Henriksena to bardzo miły akcent, który trochę urozmaicił monotonię na ekranie.

Film kończy się samobójczym skokiem Ripley do kadzi z roztopionym metalem w momencie, gdy z jej piersi wyskakuje Chestbuster. I to by było na tyle…

W moim odczuciu film jest dość monotonny i ma bardzo powolne tempo. Nie urozmaicają tego krótkie sceny, gdy Xenomorf dobiera się do swoich ludzkich ofiar. Jedyna dynamiczniejsza sekwencja pojawia się pod koniec, gdy więźniowie wspólnymi siłami próbują zapędzić Obcego do pieca hutniczego, tylko że to troszkę za mało. Produkcja ma również ogromny problem z przewidywalnością: znamy doskonale możliwości Xenomorfów i nic nie jest w stanie już nas zaskoczyć. Twórcy serwują nam tylko kilka drobnych „twistów” jak to, że Ripley jest żywicielem królowej, albo to, że prawdopodobnie sam twórca Bishopa pojawił się na planecie. To jednak nie wystarczy.

Całość jest bardzo ponura i depresyjna – to chyba najlepsze określenie tego, co widzimy na ekranie. Ripley jest zmęczona walką z Xenomorfami, podobnie Bishop prosi o permanentną deaktywację. Prawie wszystko jest ubogie, brudne i szarobure. Poza kilkoma ujęciami początkowymi na pokładzie promu i szalupy wszystko ma brunatnobrązową barwę, jak gdyby oglądało się film postapokaliptyczny dziejący się na pustymi, a nie w futurystycznym kompleksie na innej planecie w przyszłości. Wrażenie niepewności i deprechy potęgują dodatkowo ujęcia, w większości kręcone z perspektywy kolan. To powoduje, że postacie na ekranie widzimy pod nienaturalnym kątem.

Zastanawiam się, o co chodziło reżyserowi. Pierwszy film o Obcym był niesamowitym horrorem w klimatach SF, świetnie oddającym klimat zagrożenia. Jego następca to przepełniony testosteronem blockbuster, nastawiony bardziej na widowiskową rozwałkę. A trzecia część Obcego? Niczym w pierwszej części znowu mamy powrót do pojedynczego Xenomorfa atakującego ludzi w zamkniętych pomieszczeniach, ale twórcy musieli czymś wyróżnić produkcję. Podejrzewam, że Dawid Fincher chciał z „Obcego 3” zrobić powieść filozoficzną, przepełnioną symboliką i odniesieniami do religii – zadziwiająco dużo rzeczy na to wskazuje. Przybycie Obcego na planetę wiąże się z nastaniem nocy, jeden z więźniów (Dillon) jest duchowym przywódcą, co chwilę mowa o odkupieniu, a śmierć splata się z narodzinami. Ludzkie zwłoki są kremowane w dokładnie tym samym momencie, w którym „rodzi” się Xenomorf. No i końcówka, gdy spadająca do kadzi Ripley przyciska do piersi Obcego nie pozwalając mu uciec, tylko że z boku troszkę to wygląda jak gdyby tuliła własne dziecko (w sumie w pewnym sensie je „urodziła”). Jej śmierć jest początkiem nowego dnia – dokładnie w chwili śmierci nad planetą wstaje słońce. Takich przykładów jest mnóstwo…

…tylko że do mnie one nie trafiają. Po pierwsze nie tego oczekuję po produkcji tego typu, a po drugie do odczytania symboliki i odniesień potrzeba pewnej wiedzy, której tutaj pewnie mi zabrakło. Nie mam nic przeciwko ukrywaniu różnych filozoficznych przekazów w produkcjach popkulturalnych, ale tutaj mamy prawdopodobnie do czynienia ze zbyt wysokimi progami. Przynajmniej dla mnie, bo sądząc po recenzjach i ocenach w sieci niektórzy są „Obcym 3” zachwyceni, uważając go nawet za najlepszą część z kwadrologii.

Czy wrócę do tego filmu? Pewnie zabrzmi to głupio, ale bez wyraźnego powodu raczej nie. Ma jeden czy dwa warte zapamiętania momenty, ale to wszystko. Film jest depresyjny, szary, a postacie są przepełnione zmęczeniem i rezygnacją. Do tego dochodzi nie trafiająca do mnie filozofia i symbolika. Obcy 1 i 2 mnie wciągnęły, chciałem zobaczyć, co działo się z bohaterami, tutaj nie udało się tego osiągnąć.

Zobaczymy, jakie będą wrażenia po odświeżeniu „Obcego 4″…