„Wonder Woman” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

Najbardziej feministyczny film tego roku, uważany za obraz o najlepszej genezie bohatera, zdobywający wiele pozytywnych ocen, a zarazem kolejny film uniwersum DC prowadzący do Ligi Sprawiedliwości. Jakie wrażenie wywarł na załodze PIFKa ? Przekonajcie się sami.

Recenzja według Mavisa

Niestandardowo najpierw odniosę się do otoczki związanej z uwielbieniem filmu za cały feministyczny wkład. Dla mnie nie ma znaczenia, czy reżyserem jest kobieta czy mężczyzna. Ba! Dla mnie każdy reżyser mógł by być kobietą, byle żeby te osoby były kompetentne w tym, co robią. Dlatego też na ocenę filmu ten fakt nie będzie miał żadnego wpływu, gdyż było by to nieprofesjonalne podejście. Swoją drogą oglądając jakikolwiek film jako widz nie jestem w stanie określić, czy to jest dzieło kobiety czy mężczyzny. To tak samo jak pójść do sklepu obuwniczego i po wyglądzie buda starać się określić płeć projektanta.

Co do samego filmu to obawiałem się, że  Gal Gadot okaże się kompletnym drewnem na ekranie… i muszę przyznać, że nie było tak źle. Przyznaję, że kostium Wonder Woman był ciekawie skrojony:  niebiesko-czewony ze złotymi wstawkami. Może gdybym miał się czepiać, to oryginalny kształt postaci był bardziej krągły. Chris Pine grał jak zawsze, więc też nie mam żadnych zastrzeżeń.  Co do reszty obsady to też nie mam uwag. Największym problemem był dla mnie sposób wypowiadania się przez wszystkie Amazonki – brzmiał strasznie sztucznie.

Jeśli chodzi o wizualną stronę obrazu, to wcześniej wspominane kostiumy, scenerie i lokalizacje, były barwne, i ciekawie zaprojektowane. Zwłaszcza Themyscira bardzo mi się podobała. Choreografia walk była na dobrym poziomie, smaczku dodawały fragmenty w slow motion, dzięki czemu widz mógł zapoznać się z otoczeniem, a następnie obejrzeć egzekucję kolejnych ruchów bohaterki. Swoją droga taki zabieg był bardzo pomocny w pokazaniu stylu walki, jakim posługiwała się Wonder Woman. Te elementy były dopracowane, czego nie można było powiedzieć o kilku innych ujęciach (np. scena biegania po dachach), w których było widać CGI gorszego sortu.

Natomiast patrząc na fabułę filmu to, też nie była taka zła. Mieliśmy mały wstęp nawiązujący do wydarzeń z Batman vs Superman, a następnie płynnie przeszliśmy do genezy czyli Themysciry i wydarzeń z I Wojny Światowej. Niestety w filmie wystąpiły dziwnie, pokraczne sceny zalotne między Dianą i Stevem, które swoją drogą były straszną dłużyzną. Widoczną luką był wątek szkockiego snajpera, którego nie doczekałem się finału. Co wskazuje, że jest wiele wyciętych scen. Nawiasem mówiąc zauważyłem też selektywną wiedzę Amazonek, która obejmowała znajomość wielu języków np. angielskiego w wersji współczesnej, natomiast kompletnie nie wiedziały co to są Niemcy, a mimo to na balu bohaterka rozmawiała z niemieckim oficerem…

Inną sprawą jest motywacja Diany do opuszczenia ojczystej wyspy; otóż po usłyszeniu, że gdzieś jest wojna od razu zaczyna podejrzewać, że to sprawka Aresa. Niestety na tym opiera się cała fabuła. Ba! Jest wyraźnie powiedziane, że jeśli Ares zostanie pokonany, to wojna się skończy, gdyż Bóg Wojny podsycał ludzkie umysły do jej rozpoczęcia i jej prowadzenia. Niestety jak pamiętamy z historii, po I Wojnie Światowej była jeszcze Druga… Niby jak miała się zacząć, skoro człowiek nie był pod wpływem Aresa? Druga sprawa: jak dla mnie antagonista filmu jest zbyt wielkiego kalibru, jak na pierwszego przeciwnika. Chodzi mi o to, że jeśli pokona się Boga, to każdy kolejny przeciwnik nie powinien już być wyzwaniem. Tak się jednak nie dzieje, gdyż jak wiemy z „Barman vs Superman” Doomsday musiał być pokonywany przez trzech Superbohaterów. Kolejnym problemem z przeciwnikiem, jest fakt, że nie widzimy go przez prawie cały film; przez co nie poznajemy jego zamiarów, tak naprawdę tylko wiemy, że Ares to Bóg Wojny i wszystko co możemy sobie przypomnieć z Mitologii Greckiej. Co chyba jest najgorsze w całej fabule to fakt, że Ares nie musiał się w ogóle pojawiać, Nie został odnaleziony przez bohaterkę, sam od tak się pojawia… bardzo, bardzo słabe.

Po seansie nasunęła mi się jeszcze jedna myśl; otóż fabułą film przypomina „Kapitana Amerykę: The First Avenger”, tylko perypetie (w tym motywacja) Steve’a Rogersa są o wiele lepiej przedstawione.

Podsumowując film nie jest zły, co nie znaczy, że jest to arcydzieło. Stoi na wyższym poziomie niż poprzednie dwa filmy DC i chciałbym, aby taki poziom był tym „najsłabszym” w całej serii.

Film oceniam jako dobry czyli 7/10.

Recenzja według Bartasa

Ja podobnie jak kolega wyżej mam bardzo głęboko kwestię, czy reżyserem jest kobieta czy facet. Aczkolwiek mam wrażenie czytając niektóre recenzje, że blady strach padł na recenzentów, stąd te wysokie oceny. Jest to bowiem typowy średniak. Z masą większych czy mniejszych błędów logicznych, jak choćby wyspa amazonek schowana przed światem w magicznej bańce, przez którą każdy mógł przepłynąć. No to faktycznie odizolowane od świata. Jest to taki bajkowy świat z naiwną Dianą, poznającą świat i „szarość” ludzi. Nie jest to film zły, ale daleko mu do jakiekolwiek wybitności. Niezrozumiałym dla mnie pomysłem jest na przykład wstawienie greckich bogów do uniwersum DC. Dla mnie osobiście trochę ciężko sobie wyobrazić autentycznych bogów w świecie Batmana, Supermana i reszty ekipy.  Mam też zarzut do slow-mo w walkach, przez co czasami wyglądało to jak parodia filmu „300” ale to już kwestia gustu. Niestety większość dobrych i złych rzeczy opisał już Mavis, więc nie chcąc się powtarzać powiem tylko, że są sceny w tym filmie, które momentalnie bym usunął, a inne oglądało mi się z niekłamaną przyjemnością (szarża w okopach). Jednak to naprawdę tylko średniak i rozbrajają mnie głosy, że to odrodzenie DCEU. 🙂 Tak samo jak wątki feministyczne, nie tak sprytnie przemycone w tym filmie. Ja rozumiem, że Wonder Woman to ikona kobiet (aczkolwiek nie taka dawna draka w ONZ wskazuje coś innego), ale nie do końca trafiały do mnie komentarze Diany na tematy społeczne. Tak samo jak humor, który kompletnie do mnie nie trafił. Nie wiem czy uśmiechnąłem się chociaż raz. Jednak pomimo tego film oglądało mi się przyjemnie i bez zgrzytania zębami w przeciwieństwie do poprzednich filmów z tej serii. Rzadko to robię, ale wyjątkowo ocenie ten film. Ode mnie 6/10.