Środa z Xenomorfem: Obcy – decydujące starcie

Pierwszy film o Obcym był dość ciężki, ale zdobył zasłużoną sławę. W mini cyklu „Środa z Xenomorfem” zabieram się dziś za kolejną odsłonę serii, w której główne skrzypce gra zupełnie inny reżyser: James Cameron. O moich wrażeniach po seansie filmu z 1986 roku poczytacie poniżej…

Siadając w fotelu reżysera Cameron miał dwie opcje: po pierwsze mógł starać się zrobić kolejny film zakładając, że widzowie będę chcieli dostać drugi raz to samo i że zadziała sprawdzony klimat poprzednika. Historia pokazuje jednak, że takie podejście jest jednak niebezpieczne, bo odbiorcy mogą się szybko znudzić i chyba jednak lepszym rozwiązaniem jest wprowadzić odrobinę zmian. Niech bohaterowie się trochę rozwiną, niech widz dostanie inne spojrzenie na jakiś problem, itd. Cameron poszedł właśnie tym tropem: porzucił ciężki i klaustrofobiczny klimat, który pokazał nam Ridley Scott, a zamiast tego skupił się na rozwałce i akcji. I to był bardzo dobry ruch.

Wszystko dlatego, że jedną z przyczyn sukcesu pierwszego Obcego była niespodzianka przez duże „N”. Postać Xenomorfa była zaskakująca, ale przez 7 lat, jakie dzielą obie części widzowie zdążyli się już trochę do tego konceptu przyzwyczaić. Poza tym nie ukrywajmy… Akurat Cameron dobrze czuje się w monumentalnych widowiskach (np. tu, tu i tu) i jakoś nie widzę go w charakterze reżysera czegoś tak klaustrofobicznego, jak pierwszy Obcy.

Akcja filmu zaczyna się mniej-więcej w tym samym miejscu, w którym pożegnaliśmy Ripley poprzednio, czyli w kapsule hibernacyjnej promu. Tylko czas jest inny, bo z jakichś niewyjaśnionych powodów kapsuła przeleciała niezauważona przez kawał przestrzeni, zanim po kilkudziesięciu latach wykryto ją i przechwycono. Ripley z objawami stresu pourazowego trafia na Ziemię, gdzie zatrudnia się w jakimś porcie i zmaga ze śledztwem „Firmy” w sprawie śmierci załogi Nostromo i – co gorsze – utraty ładunku. Oczywiście nikt nie wierzy w jej historię o zabójczym stworze.

Pomysł na zawiązanie fabuły jest ciekawy, ale kłują w oczy dwie sprawy. Widać, że odtwarzająca główna postać Sigourney Weaver postarzała się o kilka lat, choć według fabuły jej bohaterce nie powinna przybyć ani jedna zmarszczka. To troszkę mi na początku przeszkadzało, podobnie jak drugi minusik. Mam na myśli sposób, w jaki przekazano widzom informacje o stresie i losie Ripley. W jednej ze scen widzimy ją w szpitalnym łóżku, gdy dowiaduje się o przebytej 57-letniej hibernacji. Problem w tym, że dosłownie chwilę później – w tej samej scenie – bohaterka zaczyna czuć ogromny ból w piersi i nagle jej żebra przebija malutki Chestbuster… co okazuje się tylko sennym koszmarem. No i teraz powstaje pytanie: skoro ta cała scena była tylko snem, to jak mamy traktować informację o latach hibernacji? Jako widz stwierdziłem, że – podobnie jak wizja wykluwającego się z niej Obcego – informacja o czasie hibernacji była tylko majakiem.

Następnie dość szybko przechodzimy do sedna: na księżycu, gdzie miała miejsce akcja pierwszego filmu, od kilkudziesięciu lat swoją osadę mają koloniści transformujący powierzchnię do zdatnej do życia. I z niewiadomych (!) powodów, nagle (!!) utracono z nimi kontakt. Żeby było śmieszniej: przez dwadzieścia lat nikt na powierzchni nie trafił na Obcego (pomimo sygnału z wraku Space Jockeya),  kontakt utracono akurat wtedy, gdy jedyny świadek masakry na Nostromo robi się dostępny, a ponadto „Firma”, która wcześniej kompletnie nie wierzyła w historię Ripley nagle proponuje jej stanowisko konsultanta do spraw Xenomorfów w misji ratunkowej ani słowem nie wspominając o upokorzeniach ze śledztwa. Fajnie, prawda?

Duży plus filmu, to postacie wysłanych do akcji marines. Spora w tym zasługa świetnych aktorów, z których na czoło wysuwają się genialni Bill Paxton oraz Michael Biehn, ale nie tylko. Lance Henriksen jako android Bishop też zapada w pamięć. W ogóle film ma szczęście do aktorów, bo prawie wszyscy dają się poznać, a widz ma czas żeby ich polubić. Marines są tutaj pokazani jako pewni siebie, przepełnieni testosteronem kozacy, rzucający żartami i palący cygaro w komorze hibernacyjnej. Są po prostu fajni, ale też w miarę zróżnicowani. Mamy tu błazna, dowcipnisia, dowódcę nieudacznika, milczka, kobietę z większymi jajami od reszty załogi, itd. Od razu widać, że spotkanie z Obcym będzie dla nich wstrząsem. 🙂

Cała banda dociera na powierzchnię planety i okazuje się, że budynki kolonistów są puste, a wszędzie widać ślady walki (choć nie ma żadnych ciał). Na szczęście każdy z kolonistów miał wszczepiony pod skórę nadajnik, co pozwala zlokalizować ich „ciała”. I znowu widać pewne uproszczenia: koloniści mają indywidualne nadajniki, ale marines już nie. W każdym razie dzielni wojacy wchodzą do piwnic głównego budynku, gdzie natykają się na masę pustych jaj oraz przyklejonego do ściany ostatniego żywego kolonistę (który oczywiście czekał ze śmiercią, aż marines wejdą do pomieszczenia), a także są świadkami „narodzin” Obcego. I co dalej? Otóż okazuje się, że cały kompleks jest opanowany przez Xenomorfy, więc nasi żołdacy dostają w tym momencie ciężkie baty. Zaczyna się główna część filmu: bęcki.

Co tu dużo pisać… Cameron zna się na rzeczy, bo sceny eksterminacji obcych oraz śmierci marines są na prawdę bardzo widowiskowe. W przeciwieństwie do pierwszej części, gdzie ludzie tłukli się z pojedynczym Obcym, tu dostajemy całą ich chmarę. Widok tuzina Xenomorfów pełzających po suficie robi wrażenie i na prawdę zapada w pamięć. Montaż jest szybki i dynamiczny, więc nawet dziś (ponad 30 lat od premiery) świetnie się to ogląda. Jak już pisałem wcześniej: aktorzy (szczególnie Bill Paxton) dają radę i widać, że kapitalnie wczuli się w postaci. No i niebagatelną rolę pełnią tu dialogi: pełne soczystej dosadności.

Wszystko to sprawia, że uproszczenia scenariusza i „niesamowite zbiegi okoliczności” przestają przeszkadzać, a widz skupia się na tym, co w filmie jest najciekawsze: na rozwałce oraz ciągłej zabawie w kotka i myszkę z reżyserem. Bo przewidywanie kto zginie następny i w jaki sposób, to świetna zabawa.

Połączenie widowiskowości, gry aktorskiej i fajnego scenariusza daje w sumie kilka zapadających w pamięć scen i tekstów. No bo chyba każdy po seansie potrafi z pamięci przytoczyć niektóre one-linery. Na przykład takie:  🙂

Albo niezapomniane rozpaczliwe:

Game over, man… Game over…

Tego jest dużo, dużo więcej. CZAD! 🙂

Mam pewien problem z Newt. To dziewczynka, córka jednego z kolonistów, która jako jedyna przeżywa atak Xenomorfów i w ukryciu udaje jej się doczekać do przybycia marines z misją ratunkową. Wiem, że jej postać służy do pokazania kobiecej i matczynej strony głównej bohaterki, która przeżywając śmierć swojej prawdziwej córki (to wiemy z usuniętej sceny) przelewa swoje uczucia na jedyną ocalałą z masakry. Mając jednak cały czas wbijane do głowy, jak doskonałymi maszynami do zabijania są Xenomorfy bardzo trudno mi uwierzyć w jej przetrwanie. Jak udało jej się przeżyć w kanałach, w których bez problemu zmieści się Obcy? Coś mi tu nie gra…

Z drugiej jednak strony postać Newt wykorzystano do kompozycji jednego z najśliczniejszych ujęć filmu. Mam tu na myśli scenę pod koniec, gdy dziewczynka wpada do kanału i dostajemy świetne ujęcie Obcego wynurzającego się powoli za niczego nieświadomym dzieckiem. Kapitalne!

Pisałem dużo o ludziach, ale koniecznie trzeba też wspomnieć o gatunku Obcych. Cameron nie pozostaje w miejscu i bardzo ciekawie rozwija informacje o gatunku i wyjaśnia kilka pytań i niejasności dotyczących na przykład cyklu rozwojowego. W pierwszej odsłonie cyklu mieliśmy tylko pojedynczego osobnika – tajemniczego, innego, niezrozumiałego. Tutaj dowiadujemy się tego, skąd biorą się jaja z Facehuggerami i tego, że struktura społeczna Xenomorfów przypomina mocno rój pszczół lub mrówek. Widzom pokazano królową składającą jaja oraz osobniki pełniące rolę robotnic lub żołnierzy (to takiego żołnierza poznaliśmy w pierwszym filmie).

Taki zabieg był konieczny i Cameron dobrze rozumiał, że musi dać nowe informacje o Obcym, żeby zaciekawić widzów. Z jednej strony fajnie łączy znane wcześniej dane o gatunku z czymś nowym, ale z drugiej… Obcy w filmie Scotta był fascynujący ze względu na swoją inność. Nie przypominał niczego, co znamy na Ziemi. Problem z rewelacjami drugiej części jest taki, że choć ładnie rozwijają uniwersum, to dla mnie zbyt przypominają nasze ziemskie zwierzęta. Gdzieś zniknęła nutka szaleństwa i fascynacji.

„Aliens” to zupełnie inny film, niż pierwsze spotkanie z Obcym. Tam mieliśmy spójną (choć dość prostą) historię w klimacie klaustrofobii i walki z nieznanym. Przekaz w filmie Ridleya Scotta był jasny: kosmos jest niebezpieczny, a nasze ludzkie ego zawsze będzie poskromione przez coś większego od nas. Tutaj dostajemy nacisk na rozwałkę i widowiskowość, wyraziste postacie z odcieniem komediowym oraz mnóstwo testosteronu. Widać, że scenarzyści czasami poszli na skróty i w przeciwieństwie do części pierwszej zdarzają się niesamowite, popychające fabułę do przodu zbiegi okoliczności, ale – o dziwo! – wcale to nie przeszkadza. Bo film po prostu świetnie się ogląda!

Wiem, że wśród fanów panuje podział co do tego, która z dwóch pierwszych części Obcego jest lepsza, ale według mnie taka rywalizacja nie ma sensu. To trochę tak, jakby porównywać Picassa i Matejkę, albo Chopina i Pink Floyd. „Obcy” i „Obcy 2” to po prostu dwa różne filmy, w dwóch odmiennych stylizacjach i klimatach, połączone tylko postacią głównej bohaterki oraz gatunkiem Xenomorfa. Zarówno Scott, jak i Cameron to wybitni specjaliści i chwalić należy obie części Alienów.

Problem w tym, że podobno od trzeciej części Obcego rozpoczyna się krzywa spadkowa, jeśli chodzi o jakość produkcji. No cóż… Pooglądamy, ocenimy…