Star Trek TOS: Catspaw – recenzja (odcinek 2×01)

Na początek drugiego sezonu, scenarzyści jadą, delikatnie mówiąc po bandzie. Enterprise, trafia na obcą planetę (to akurat normalne) gdzie dwóch członków załogi: Scotty i Sulu giną bez śladu. Kirk, Spock i McCoy wyruszają na odsiecz. Niestety już na samym początku napotykamy przesłankę, że nie będzie to dobry odcinek. Otóż nasza dzielna trójka napotyka trzy wiedźmy, żywcem przeniesione z Makbeta a następnie trafia do tajemniczego zamku. Tam z kolei czeka na nich czarownik oraz czarownica. Okazuję się bowiem, że jest awangarda obcej rasy która zamierza podbić naszą galaktykę. Na ich nieszczęście napotykają Enterprise i dzielny kapitan Kirk od razu  ustawia ich „do pionu”. Byłby to nawet znośny odcinek TOSa. Taki klasyczny epizod bez jakiejś głębszej historii. Jednak scenarzyści zafundowali nam jeszcze jeden dodatek o którym aż strach mówić. Otóż główna przeciwniczka w pewnym momencie zmienia się w… kota. Tak moi drodzy w to szlachetne, futrzaste, zwierzę i uwierzcie mi na słowo sceny z nim mogą budzić już tylko śmiech. Jest to po prostu tak głupie, tak bezsensowne, że brakuje mi słów. Ja rozumiem, że to lata 60, że trzeba sporo wybaczyć ale to kicz i żenada. Niestety ale na początek drugiego sezonu dostajemy, delikatnie mówiąc , kaszane.