Star Trek TOS: The Doomsday Machine – recenzja (odcinek 2×06)

Enterprise odbiera sygnał alarmowy ze statku Constellation. Gdy przybywa na miejsce, znajduję tylko szczątki statku oraz pozostałości planet. Z uszkodzonego statku Federacji ściągają jego kapitana a w skutek niefortunnego zbiegu okoliczności Kirk i Scotty zostają uwięzieni na zniszczonym statku, podczas gdy były kapitan Constellation, przejmuje Enterprise i rusza w pościg. To mógłby być świetny odcinek. Mamy tu motyw Ahaba, czyli kapitana Matta chcącego za wszelką cenę dorwać niszczyciela swojego statku. No i świetny i wciągający motyw niszczycielskiej maszyny, stworzonej przez wymarłą cywilizację, a obecnie działającą na autopilocie i niszczącą planety oraz napotkane statki. Z kolei tutaj jest mój największy zarzut. Zamiast skupić się na tym według mnie fascynującym motywie, woleli opisać nam szaleńczą walkę w imię zemsty. Nie mówię, że jest to nudne czy nieciekawe, ale sto razy bardziej wolałbym poznać historię tej cywilizacji niż po raz kolejny patrzeć na to samo. Innym ciekawym elementem w tym odcinku jest zachowanie Spocka. Jego zimne opanowanie i absolutne stosowanie się do regulaminu zostało tutaj bardzo dobrze uwypuklone zwłaszcza w konfrontacji z McCoyem. Sama zaś maszyna zagłady wygląda ciekawie, zwłaszcza jak na tamte czasy. Trochę przypomina mi takiego kosmicznego czerwia z Diuny 🙂 Ogólnie jest to całkiem nie najgorszy odcinek, który ze spokojem mogę polecić.

Star Trek TOS: Amok Time – recenzja (odcinek 2×05)

Odcinek legenda. Niestety trochę się zestarzała i nie mówię tutaj o warstwie wizualnej, tylko niestety fabularnej. Dowiadujemy się z tego epizodu jak rozmnażają się Wolkanie. Co prawda jeśli śledzicie serię wraz ze mną to mieliśmy już trop tego w serialu „Enterprise”, jednak to właśnie tutaj wymyślono to po raz pierwszy. Otóż okazuję się, że nasi spiczastousi przyjaciele mogą współżyć raz na siedem lat. Co gorsza jeśli nie dojdzie do kontaktu fizycznego, to męscy osobnicy wpadają w szał. W związku z tym Enterprise kieruje się na ojczystą planetę Spocka, tam zaś okazuję się, że jego wybranka ma nieco inne plany i prowokuję walkę oszalałego Spocka z kapitanem Kirkiem. Jaki mam zarzut do tego odcinka? Przede wszystkim zachowanie Wolkan jest wręcz niesamowicie śmieszne. Ich stroje które wyglądają na jakąś cywilizację z trzeciego świata i totalnie prymitywne rytuały kłują w oczy. To w końcu jest jedna z najpotężniejszych ras galaktyki!! Sprowadzenie ich do roli jakichś tubylców jest nieciekawe. Z kolei za wymyślenie tego całego motywu z pon-farr czyli zachowania się Wolkan co 7 lat – genialne!! Chociaż zważywszy, że Wolkanie są z nami od początku istnienia Federacji ciekawe, że nikt nigdy się nie zainteresował, że co 7 lat każdy Wolkanin znika na jakiś czas. No ale sam odcinek całkiem ciekawy. Poszerza naszą wiedzę o uniwersum i rozwija tę niesamowicie interesującą rasę. Niestety odcinek nierówny, ale mimo to uważam, że warto go obejrzeć

Środa z Xenomorfem: Obcy – Przebudzenie

Po nużącym i średnio ciekawym „Obcym 3” przyszedł czas na kolejną odsłonę serii: „Obcy: Przebudzenie”. Przyznaję, że film oglądałem chyba tylko raz w życiu, może dwa, w każdym razie na pewno bardzo dawno temu i niewiele z niego pamiętałem. Pierwsze dwie części były świetne i zastanawiałem się, jak po tylu latach i na tle niedawno odświeżonej trylogii wypadnie „czwórka”. Czy będzie lepsza od „trójki”?

dalej „Środa z Xenomorfem: Obcy – Przebudzenie”

Star Trek TOS: Who Mourns for Adonais? – recenzja (odcinek 2×04)

No i się doczekaliśmy. Przed nami jeden z najsłynniejszych złych odcinków serialu. Mamy tutaj całą paradę atrakcji. Zacznijmy od tego, że Enerprise zostaje złapany na orbicie pewnej planety przez… wielką zieloną rękę. Następnie część załogi zostaje przeniesiona na planetę gdzie spotyka niejakiego Apolla. Tak dobrze kojarzycie to odkładnie ten sam gość który występuję w mitach greckich. Oznajmia on naszym podróżnikom, że kiedyś wraz z Zeusem i resztą ferajny rozbili się na naszej planecie i zostali uznani za bogów. Zdaje sobie sprawę, że podobny motyw mamy chociażby w serii Stargate ale tutaj jest to o wiele bardziej problematyczne. Po pierwsze, powstaje pytanie dlaczego wynieśli się oni z naszej planety. Po drugie dlaczego kosmici mieliby się ubierać tak jak w starożytnej grecji? Można oczywiście wysnuć wniosek odwrotny. To grecy zaczęli się tak ubierać pod wpływem swych bogów. Jednak jakoś ciężko mi uwierzyć w wysoko rozwiniętą cywilizację której przedstawiciele ubierają się w białe prześcieradło. Rzecz jasna zakończenie całej sprawy jest też nieciekawe i lekko głupie. Apollo zostaje zmuszony do zbyt wielu działań na raz oraz zdekoncentrowany przez co staję się łatwą ofiarą. Dodatkowo scenarzyści wprowadzili nową postać kobiecą do której płomiennym uczuciem zapłonął Scotty. Rzecz jasna nie ujrzymy jej już w żadnym epizodzie. Niestety jest to odcinek nie udany z gatunku tak złych, że aż wartych obejrzenia 😉 Polecam koneserom sci-fi jako, że odcinek doczekał się wielu parodii i mnóstwa odniesień a więc podobnie jak znany nam z pierwszego sezonu odcinek z Gornem wywarł spory wpływ na popkulturę.

Star Trek TOS: Friday’s Child – recenzja (odcinek 2×03)

Kolejny odcinek, w którym coś poszło nie tak. Zaczyna się bardzo dobrze. Poznajemy nową rasę (Capellan), którzy stosują ideologię „tylko najsilniejsi przetrwają”, a złamanie ich zasad równa się wyrokowi śmierci. Tam właśnie ląduje Kirk z misją zakupu pewnego cennego surowca. Na miejscu robi się jeszcze ciekawiej. Pojawiają się bowiem Klingoni z identycznym zamiarem, co przedstawiciele Federacji. Potem mamy wewnętrzny konflikt wśród tubylców, Kirk ze świtą ucieka przy okazji ratując ciężarną żonę byłego wodza i tu następuję załamanie fabuły. Od tego momentu akcja ciągnie się… dłuży… następują dziwne, niesmaczne wręcz dzisiaj sceny policzkowania ciężarnej przez McCoya. Końcówka z faktem, że nasz drogi doktor zostaje uznany za ojca dziecka jest lekko zabawna, jednak dowie się o tym tylko ten kto nie obudzi się wystarczająco szybko. Sam fakt pojawienia się Klingonów jest bardzo ciekawy i świetnie pokazuje konflikt ideologiczny pomiędzy Federacją a Imperium Klingońskim. Jednak to trochę za mało. Chciałoby się rzec: kolejny odcinek z niewykorzystanym potencjałem. To co jest tutaj najciekawsze, to wydarzenia dziejące się na Enterprise. Tam bowiem dowództwo przejął Scotty i trzeba przyznać, że radzi sobie całkiem przyzwoicie. Jednak jak już wcześniej wspomniałem odcinek jest zwyczajnie nudny i ciężki do przebrnięcia. Zdecydowanie nie polecam.

Star Trek TOS: Metamorphosis – recenzja (odcinek 2×02)

Drugi odcinek tego sezonu to totalna rehabilitacja za poprzedni epizod. Tym razem dostajemy świetną, interesującą historię przy okazji poszerzającą naszą wiedzę o uniwersum. Kirk i Spock odnajdują bowiem legendarnego człowieka a mianowicie samego Cochrane’a. Tego samego którego poznaliśmy w serialu „Enterprise” – twórcę napędu WARP. Pojawia się tutaj co prawda pewna nieścisłość, mianowicie Kirk twierdzi, że Cochrane pochodzi z Alfa Centauri i jest bohaterem całej galaktyki. No cóż tak to już bywa w TOSie, że część faktów nijak się ma do tego co się dzieje w innych seriach. Wracając do epizodu to mamy tutaj Cochrane’a oraz dziwną gazową istotę która go odmłodziła oraz się w nim zakochała. Dalej mamy już standard. Kirk najpierw próbuje tę istotę zniszczyć a potem przegadać. No cóż taki urok tego serialu, że co w drugim odcinku słyszymy peany na cześć ludzkości oraz naszych uczuć. Rzecz jasna miłość zwycięża i gazowa istota zmienia się w człowieka i zostaje z Cochrane na tajemniczej planecie. Ogląda się to całkiem dobrze, odcinek poszerza naszą wiedzę o uniwersum a w porównaniu do poprzedniego odcinka to istny majstersztyk. Tak więc zapraszam do oglądania i wysłuchania kolejnej przemowy Jamesa T. Kirka.