Środa z Xenomorfem: Obcy – ósmy pasażer Nostromo

Przy okazji niedawnego seansu Aliena: Covenant postanowiłem odświeżyć sobie sagę o Obcym. W sumie kwadrologię oglądałem dobre kilkanaście lat temu – bardzo możliwe, że jeszcze w zeszłym tysiącleciu, więc chyba warto wrócić do tego, co tak mocno fascynowało i ciągle fascynuje ludzi. Plan jest taki, żeby opisywać jeden film co tydzień, a na tapetę wezmę 4 filmy samodzielne plus te dwa nieszczęsne crossovery z Predatorem. Zobaczymy, czy dam radę dotrzymać terminów. 🙂 Na pierwszy ogień idzie „Ósmy pasażer Nostromo”…

Żeby była jasność: w dzisiejszym świecie nie da rady nie wiedzieć, o co chodzi w pierwszym Obcym. Ilość nawiązań popkulturalnych, które korzystają z tej produkcji jest niesamowita, bo i wpływ na kulturę popularną obraz Ridlea Scotta miał ogromny. Cykl rozrodczy Xenomorfa – choć kapitalny (o czym za chwilę) już nie zaskakuje. Tak samo nie jest niespodzianką to, że postać Ripley jest silna i jako jedyna przeżywa spotkanie z Obcym. A mimo to oglądając film ciągle można wsiąknąć w ten ten ciasny, klaustrofobiczny klimat.

Przyznam, że początek filmu mnie nie zauroczył. Z dzisiejszego punktu widzenia pierwszy akt trochę się wlecze, wstęp nuży i się ciągnie. Wszystko bardzo powoli się rozkręca i muszę przyznać, że palce świerzbiły, żeby skorzystać z przycisku szybkiego przewijania. Zauważyłem też małą wpadkę… W jednym z pierwszych ujęć, gdy całą załoga pogrążona jeszcze jest w hibernacji, na jednym ze stołów widać małą zabawkę. To takie ruchome figurki, które popchnięte przez jakiś czas się ruszają. No właśnie… 🙂 Ruszają się, choć przez dłuższy czas nie miał kto się nimi bawić. 🙂

Ale mniejsza z tym. Pomimo początkowych dłużyzn nie można nie docenić kilku rzeczy, a pierwszą z nich jest niesamowita scenografia. Jest ciasno, brudno, ale funkcjonalnie i trochę futurystycznie. Dokładnie tak wyobrażam sobie statek kosmiczny, który od dłuższego czasu pozostaje w użyciu. No i to oświetlenie… 🙂 Wspaniałe! Super oddaje klimat. Z jednej strony jest ciemno, ale z drugiej widać wszystko to, co reżyser chce nam pokazać. Słyszałem anegdotę, że niby Ridley Scott tak bardzo był zadowolony z oświetlenia, że specjalnie przedłużał początkowe ujęcia, żeby dłużej się nimi napawać i wiecie co? Jestem w stanie w to uwierzyć.

Zatem mamy budzącą się powoli załogę, w ślimaczym tempie „wykluwającą się” z pojemników hibernacyjnych, a następnie przystępującą do rutynowej pracy. Widać, że to nie są bohaterowie, tylko zwykli, szarzy ludzie, marzący tylko o dobrnięciu do końca swojej szychty i o powrocie do ciepłego, wygodnego domku. Tu znowu niewielki minusik: trochę drażniące było, że w każdej scenie, w której pojawiają się mechanicy, jest mowa o kasie i o wynagrodzeniu za misję. Rozumiem, że reżyser chciał w ten sposób pokazać ich „zwyczajność”, ale bez przesady. Czyżby Parker nie znał innych tematów do rozmowy? Nie można było wspomnieć o kasie raz, może dwa razy, a potem kazać postaciom nawijać o innych przyziemnych sprawach?

Jako całość załoga przedstawiona jest jednak wyśmienicie. Przez kilkadziesiąt pierwszych minut filmu można było poznać wszystkich i autentycznie polubić. Pamiętam, gdy dawno temu na jednym z pierwszych Pyrkonów na Dębcu w finale konkursu filmowego padło pytanie o nazwiska całej załogi Nostromo i konkursowicz na to pytanie płynnie odpowiedział. Bo cała załoga jest przedstawiona w sposób idealny: znamy nazwisko każdego, funkcję, jaką pełni na statku oraz motywację. A wszystko podane w naturalny, nienachalny sposób! Nie wiem, jak to się reżyserowi udało, ale można tylko chwalić.

Poznaliśmy załogę w rutynie oraz ich kosmiczny okręt. Wtedy okazuje się, że hibernacja została przerwana, bo czujniki statku wykryły sygnał, który prawdopodobnie jest pochodzenia pozaziemskiego. Po raz kolejny mistrzowsko pokazana jest motywacja bohaterów i to, co pcha fabułę do przodu. Postacie nie chcą działać, ale są do tego zmuszone, bo takie są procedury i – co tu dużo mówić – od tego zależy ich wypłata. O wiele bardziej realne, niż wielokrotne „zbiegi okoliczności”. Chcąc nie chcąc zmieniają kurs i lądują na niezbadanym księżycu, by sprawdzić sygnał będący prawdopodobnie czymś w rodzaju naszego ziemskiego wezwania o pomoc. Przed momentem wspominałem o dłużyznach. 🙂 Od tego momentu nie ma już dłużyzn. Jest tylko niesamowity klimat…

Oglądając pierwszego Obcego nie mogłem opędzić się od porównać do Gwiezdnych Wojen, które pojawiły się w kinach jakieś dwa lata wcześniej i które zrewolucjonizowały gatunek SF. W pewnym sensie sukces Star Warsów przewrócił wszystko do góry nogami i na nowo zdefiniował to, z czym kojarzyło się science fiction. Pojawiło się wtedy sporo naśladowców, którzy podświadomie lub nie robili kalki filmu Lucasa i tym bardziej muszę docenić odwagę Scotta. GW to „space opera”, trochę odrealniona baśń w kosmicznej konwencji. Mamy tam mędrców (Jedi), wieczną walkę dobra ze złem (Jedi-Sith, Rebelia-Imperium), motyw podróży, dorastania, konflikt w skali poruszającej cały świat przedstawiony, bohaterów, od których odwagi i działań zależy los wielu istnień, magię (moc) i kompletne olewanie logicznych przeszkód w rozwoju fabuły (np. prawie natychmiastowe przemieszczanie się po całej galaktyce). Sorry za porównanie, ale to trochę taki Tolkien w kosmosie. 🙂 W każdym razie wizja Lucasa chwyciła na tyle, że trudno było wybić się czymś innym. Bo kosmos, to wtedy był „fun”. Jak Chewbacca tańczący w rytm disco. A tu nagle Scott wyskakuje z czymś kompletnie odmiennym. Nagle okazuje się, że fruwanie w kosmosie to nie jest zabawa, przygoda czy sposób na podryw księżniczek. To rutyna i ciężka, żmudna praca. A kosmos wcale nie jest fajny, tylko nieznany, odrażający i śmiertelnie niebezpieczny. Kompletnie nie przystający do tego, co znamy.

Misja wypadowa na księżycu trafia na coś tak obcego, że trudno z czymkolwiek to coś porównać. Wrak okrętu zasilany nieznaną siłą, korytarze nie przypominające nic, co znamy, ciało pilota, o którym nic nie wiadomo. Dlaczego skamieniał? Kim jest jego rasa? Skąd pochodzi i czy jego gatunek jeszcze żyje? Skąd dziura w jego klatce piersiowej? Czym są te okrągłe, jajowate twory? Czy to ładunek czy raczcej coś, co pojawiło się po rozbiciu? Jak już wspomniałem: dzisiaj na sporo z tych pytań poznaliśmy już odpowiedź, ale wtedy – w 1979 roku – widzowie musieli odczuć gęsią skórkę.

Ogromna w tym zasługa pokręconych wizji Gigera. Nie mam pojęcia, co kryje się w umyśle człowieka, który zaprojektował coś tak osobliwego, ale mówiąc szczerze chyba nie chciałbym tego umysłu poznawać. Niby wiadomo, że Giger wziął na warsztat wszystkie uniwersalne fobie, jak strach przed pająkiem czy ciemnością i nadał im trójwymiarowy kształt, który można wymodelować na potrzeby filmu, ale i tak jego projekty są jednocześnie odrażające, straszne i w jakiś sposób fascynujące.

Sam cykl rozwojowy Xenomorfa jest tego przykładem. Mamy jajo, w którym można by zmieścić człowieka. I z tego jaja wyskakuje coś przypominające w pierwszej chwili pająka z ludzkimi palcami zamiast odnóży. To coś dopada jednego z członków załogi, pierwszego oficera Caina, przyszywa mu się do twarzy, a sam Cain traci przytomność. Nagle okazuje się, że człowiek – samodzielna jak uważamy istota, zdobywca świata, pan swojego przeznaczenia – wbrew naszej woli postawiona jest w roli żywiciela dla pasożyta. Facehugger z jednej strony powoduje utratę przytomności, ale z drugiej podtrzymuje żywiciela i dostarcza mu przez jakiś czas tlenu i składników odżywczych. Nie można się go pozbyć, bo wszelkie próby grożą uduszeniem człowieka, a do tego nacięcie istoty kończy się wyciekiem jego wysoce żrącej krwi, której odrobina może przeżreć się przez dwa pokłady statku.

Niczego nieświadoma załoga nie wie, co robić, gubi się postawiona przed czymś, przed czym nikt nie mógł ich ostrzec i do czego nie mogli się przygotować. Jest to jednak nic w porównaniu z tym, co ich czeka. Bo kolejne fazy rozwoju obcego są jeszcze bardziej zabójcze. Najpierw mamy coś, co rośnie wewnątrz organizmu człowieka, a wychodząc na świat najkrótszą drogą (z klatki piersiowej, przebijając żebra) przeobraża się później w istotę stworzoną tylko do zabijania… choć z pewnymi wadami, które zauważyłem później. Jak bardzo różne to jest od humanoidalnych istot z innych filmów! Star Trek, Gwiezdne Wojny, Flash Gordon i wiele innych nawet nie otarło się się o podobny projekt. Tam wszystko przypominało ludzi lub ewentualnie ziemskie zwierzęta. Może tylko Odyseję Kosmiczną z monolitem można porównać do inności Xenomorfa, ale to tylko jeden z niewielu chlubnych wyjątków. Obcy będący połączeniem biologii i mechaniki, posługujący się nieznanymi nam zmysłami oraz przepełniony czystą, nieludzką i niezrozumiałą chęcią zabijania fascynuje dziś tak samo, jak robił niesamowite wrażenie w 1979.

No więc dochodzimy do drugiej połowy filmu, w której w pełni wykształcony Obcy zabija po kolei załogę Nostromo. Przy realnym, wręcz namacalnym strachu załogi. Tu niestety muszę wspomnieć o drobnostce: montaż scen troszkę nam się zestarzał. Ok, fajne jest to, że (poza chyba jednym sekundowym ujęciem) nie pokazano Xenomorfa w całości, ale dziś zupełnie inaczej kręci się sceny walki. Film Scotta jest pod tym względem dość oldskulowy, bo sposób w jaki pokazano momenty śmierci części załogantów (np. Parkera i Lambert) są dość… statyczne. Ot! Ujęcie na człowieka, cięcie, okazanie zębów Obcego, cięcie, znowu człowiek, zbliżenie, cięcie. Wszystko praktycznie bez ruchu. Widać niestety, że to jest film, który niedługo będzie świętował 40 lat powstania. Dziś już tak się tego nie robi. 🙂

Tak samo statyczne wydawało mi się ostatnie starcie Ripley z Obcym w promie, tuż po autodestrukcji Nostromo. No wybaczcie… Obcy musiał wleźć do promu w przeciągu ostatnich 10 minut (na tyle był ustawiony czas zniszczenia okrętu, a już w trakcie odliczania Ripley spotkała Obcego w drodze do promu), po czym widzimy Ripley krzątającą się po pokładzie i natykającą się na śpiącego (!) Xenomorfa. Przynajmniej ja to tak odebrałem. Jakim cudem ta idealna maszyna do zabijania, ostateczne dzieło ewolucji w zakresie pozbawiania innych życia nie zorientowała się, że 30 centymetrów od jej zębów łazi sobie człowiek? W dodatku pozwoliła, by przez kilka minut w tym samym pomieszczeniu człowiek łaził sobie ot tak? Jak to się stało, że Obcy grzecznie czekał bez ruchu, by Ripley zdążyła uciec kilka kroków, ubrać skafander kosmiczny i włączyć jakieś zawory? Dopiero bezpośrednio puszczony na Obcego strumień pary (czy czegoś podobnego) był w stanie wyrwać go z błogiego zaspania…

Ostatecznie Obcy wylatuje w przestrzeń kosmiczną, przestrzelony kuszą i przypieczony ogniem z silników, a ostatni żywy członek załogi Nostromo razem z kotem pokładowym się hibernują. To nie jest idealne i szczęśliwe zakończenie, ale nie o to chodziło reżyserowi. Odrobinę nostalgiczny koniec filmu podkreśla tylko przekaz, który dostajemy od początku: kosmos jest cholernie niebezpiecznym miejscem i nie wolno nam o tym zapominać.

Czy film przetrwał próbę czasu? Tak, zdecydowanie. Pomimo drobnych wpadek i kilku spraw, które zestarzały się przez 40 lat to ciągle kawał solidnego i wyprzedzającego swoje czasy kina science-fiction. Minęło sporo czasu, a scenografia i oświetlenie wciąż robią na mnie ogromne wrażenie (może poza wieloprzyciskowymi konsolami komputera pokładowego i ekranami kineskopowymi). Bardzo mocna i prawdopodobna jest motywacja bohaterów – to akurat ten aspekt filmów, na który zawsze zwracam uwagę. Postacie nie są jednowymiarowe, czy – o zgrozo – głupie. I w przeciwieństwie do herosów pokroju Luka Skywalkera są ludzcy, więc o wiele łatwiej się z nimi identyfikować. Podejrzewam, że 40 lat temu zaskakujące musiało być też to, że jako jedyna przeżywa kobieta, a nie chodzący ideał, blondyn z nienaganną grzywką. Ponadczasowe!

Najmocniejszym atutem filmu jest zdecydowanie Xenomorf i wszystko, co z nim związane. Projekt, cykl rozwojowy, idea, poczucie niebezpieczeństwa, obcość tak ogromna, że aż przytłaczająca. Nic dziwnego, że tak bardzo zafascynował widzów.

Całkiem oczywistym wydaje się zatem, że pierwszy film o Obcym zyskał status kultowego. Nie dziwię się wcale tym, którzy mówią, iż Ridley Scott stworzył dzieło niemal idealne. Choć moje gusta filmowe kierują się bardziej ku lżejszym produkcjom, to sam również doceniam to, co zrobił Scott i w jaki sposób pokazał niebezpieczny kosmos.

Dlatego też ciekaw jestem, jak po tylu latach w porównaniu do pierwszego Obcego wypadnie drugi film z serii w reżyserii innego tytana SF: Jamesa Camerona. W końcu „Aliens” (a po naszemu „Obcy – decydujące starcie”) jest produkcją w zupełnie innym klimacie. Od jutra zabieram się do przypominania…