Star Trek TOS: Operation-Annihilate? recenzja (odcinek 1×29)

W ostatnim odcinku sezonu Kirk wraz załogą próbuje opanować zarazę, która zaatakowała już kilka planet. Tym razem jednak plaga popełniła błąd strategiczny. Uderzyła bowiem w planetę, na której żyje brat kapitana USS Enterprise wraz z rodziną. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że ta plaga to stworzenie przypominające trochę ziemską płaszczkę, tyle że latają w powietrzu. Jedno z nich atakuje Spocka, a on dzięki wolkańskiej dyscyplinie opanowuje ból i staje się królikiem doświadczalnym, dzięki czemu McCoy opracowuje skuteczną metodę leczenia. Nie będę was oszukiwał: nie jest to odcinek najwyższych lotów. Co prawda na zakończenie twórcy zafundowali nam taki mini twist, ale nie czarujmy się – każdy, kto obejrzy ten odcinek dość szybko o nim zapomni. Najciekawsze w tej historii jest to, że dostajemy informacje o rodzinie naszego kapitana, a i jego rozterki, a w zasadzie obsesja, nadaje ciekawy koloryt temu odcinkowi. Jednak wydaje mi się, że fabuła nie jest zbyt porywająca, a mnie osobiście lekko drażni robienie ze Spocka jakiegoś „superbohatera”. Przede wszystkim jest on tylko w połowie wolkaninem, więc może dziwić, że posiada dosłownie wszystkie cechy tej rasy. Po pierwszym sezonie wyłania się też taki schemat: pojawia się problem – Spock rozwiązuje o za pomocą wolkańskich „mocy”. I zazwyczaj gdy powinno coś mu się stać okazuję się, że Wolkanie mają coś tam, coś tam i to go ratuję. Dla przykładu końcówka tego odcinka. Sam odcinek mocno średni.