Star Trek TOS: The City on the Edge of Forever? recenzja (odcinek 1×28)

Tym razem, wskutek przedziwnego zbiegu okoliczności, kapitan Kirk wraz ze Spockiem odkrywają na pewnej planecie „Strażnika Wieczności”. Działa on z grubsza tak, że pokazuję każdy fragment naszej historii i pozwala przenieść się do innych czasów. Rzecz jasna budzi to pewne uzasadnione pytania: dlaczego pokazuję tylko naszą historię? Czy można przenieść się na przykład na Qo’noS i zmienić historię Klingonów? No i najpoważniejsze pytanie: dlaczego ktoś to zbudował? Niestety na żadne z tych pytań nie otrzymamy odpowiedzi. Zamiast tego doktor McCoy (w stanie nie do końca trzeźwym) wyrusza w przeszłość i zmienia rzeczywistość w taki sposób, że znika cała Federacja jak i Enterprise. W ślad za nim rusza Kirk i Spock lądując prosto w latach 30 ubiegłego wieku. Rzecz jasna jest to odcinek z gatunku „oszczędnych”. Znaczy to tyle, że trzeba było trochę zaoszczędzić na dekoracjach i efektach specjalnych (podobnie było w odcinku Star Trek Enterprise: „Carbon Creek”). Tutaj postanowiono wrzucić naszych bohaterów w lata 30 co z pewnością jest łatwiejsze niż pokazanie obcych albo innej planety. Jednak mimo tego ograniczenia, dostajemy całkiem porządny odcinek. Kirk w przeszłości się zakochuje (co nikogo nie dziwi) oczywiście ze wzajemnością (co zasadniczo też nikogo nie dziwi). Jednak okazuję się, że McCoy zmienił przyszłość ratując ukochaną kapitana Kirka. Jest to świetne rozwiązanie bo początkowo widz mocno się zastanawia co też doktor uczynił aby zmienić bieg historii. Uratowanie dobrej osoby jaką była Edith jest całkiem ciekawym twistem. Jeszcze ciekawsze jest powiązanie w jaki sposób, ocalenie jej życia doprowadzi do upadku USA. Nie zdradzę wam tego ale jest to interesujące. Jeśli dodamy do tego rozterki Jamesa Kirka, który się zastanawia czy będzie miał siłę zawrócić bieg historii dostajemy bardzo dobry epizod. Polecam.