Star Trek TOS: Errand of Mercy ? recenzja (odcinek 1×27)

Tym razem scenarzyści stanęli na wysokości zadania i zafundowali nam nie tylko ciekawy i wciągający odcinek, ale również tworzący całe federacyjne uniwersum. Przede wszystkim poznajemy tutaj rasę niejakich Klingonów (z płaskimi czołami – co jest zrozumiałe dla każdego kto oglądał Star Trek Enterprise), z którymi nasza Federacja rozpoczyna wojnę. Główną osią odcinka są wydarzenia na planecie Organia, na którą zostały wysłane klingońskie siły okupacyjne. W związku z tym Kirk wraz ze Spockiem wyrusza na tę planetę, aby zaoferować mieszkańcom pomoc. I tutaj mamy zaskoczenie, bo rdzenni mieszkańcy są zdeklarowanymi pacyfistami i odmawiają przyjęcia pomocy. Następnie na planetę przybywają klingońskie siły inwazyjne pod dowództwem Kora, a Spock i Kirk są zmuszeni się ukrywać aż do wielkiego finału. Wielkiego i trzeba tu zauważyć zaskakującego, bo okazuję się kim tak naprawdę są Organianie i muszę przyznać, że jest to dość ciekawe rozwiązanie. Żeby wam za dużo nie spojlerować powiem tylko, że w kosmosie nic nie jest takie jak się wydaje. Ogólnie odcinek mega ciekawy z ciekawą fabułą która, co ważne, nie traci tempa. Co istotne, poznajemy Klingonów jako rasę agresywną, wręcz dziką, nie mającej żadnych skrupułów. Nie dziwie mnie zupełnie, że to właśnie ta rasa będzie jedną z głównych antagonistów Federacji. Odcinek polecam – ogląda się go jednym tchem.