„Obcy: Przymierze” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

To miała być bomba. Nie dość, że o naszym kochanym Xenomorfie, to jeszcze spod ręki samego Mistrza Ridleya Scotta. Ten film miał zatrzeć nie najlepsze wrażenie po Prometeuszu, który – nie oszukujmy się – nie zdobył serca i uznania fanów. A jak wyszło? Sprawdziliśmy sami.

Recenzja według Śmiecha

Przekornie zacznę od plusów. Pewnie dlatego, że minusów jest jednak zdecydowanie więcej i jak już zacznę je opisywać, to ciężko będzie przerwać. 🙂

Największym plusem filmu jest jego realizacja. Zdjęcia Dariusza Wolskiego są przepiękne – nie sposób oderwać oczu od krajobrazów, ujęć, oświetlenia. Przyznaję, że scena wejścia statku Przymierze na orbitę planety spowodowała, że nie mogłem oderwać oczu od ekranu. Majestatyczny kosmos, planeta owiana nieprzeniknioną warstwą chmur… Było super, a takich ujęć można było zobaczyć o wiele, wiele więcej. Drugim plusem jest szybka i efektowna scena walki wręcz między Dawidem i Walterem.

I to by było na tyle. Reszta, to same wady… Cóż, chciałem grzecznie zasłonić spoilery, ale doszedłem do wniosku, że w tym przypadku to niepotrzebne. Po pierwsze fabułą jest przewidywalna więc i tak nie ma to sensu, a po drugie nawet lepiej, gdy przeczytacie co nieco o fabule. Może dzięki temu ominiecie tego potworka.

Bohaterowie to nieskażeni logicznym myśleniem ciapy i ignoranci. Kapitan jest idiotą. No bo jak nazwać kogoś, kto dosłownie minutę po tym, gdy widział Dawida „oswajającego” śmiertelnie groźną istotę i zaraz po tym, gdy ta istota zabiła mu członka załogi – na słowa Dawida „zaufaj mi” karnie wsadza swój pusty łeb do jaja z facehuggerem? Jak nazwać kogoś, kto mieni się naukowcem, a kto w sytuacji zagrożenia biega bez celu tam i z powrotem od ambulatorium do śluzy strzelając w co popadnie? Jak nazwać ludzi, którzy pogonieni przez perfekcyjną maszynę do zabijania na planecie, na której owa maszyna zabiła całą (sic!) faunę, rozłażą się pojedynczo po nieznanym kompleksie korytarzy? Tuż obok resztek setek ciał ewidentnie zabitych w „dziwny” sposób?

Każda z postaci to skończony debil lub idiotka. Sama osnowa filmu jest dziurawa, bo pchają ją do przodu bezsensowne decyzje bohaterów. I to od samego początku, gdy decyzją kapitana statek z kilkoma tysiącami kolonistów i embrionów zamiast na zbadaną i przygotowaną do zamieszkania planetę ląduje w miejscu tajemniczym. Dlaczego? Bo nie chciało im się hibernować – jakby dla zahibernowanych miało to jakiekolwiek znaczenie. Muszę wspomnieć też o tym, gdy załoga Przymierza wychodzi na powierzchnię planety bez żadnych filtrów, kombinezonów i zabezpieczeń biologicznych. Nie wiedzą, jakie bakterie, wirusy i inne zagrożenia tam na nich czyhają. Na hasło komputera „19% tlenu, a reszta azotu” wychodzą z sondy w czapkach. No i nieśmiertelne „rozdzielmy się”, by pojedynczo wystawiać się Neomorfom, Xenomorfom, czy jakkolwiek nazwać tą wersję Obcego. 🙂

Wspomniałem o przewidywalnej fabule… Końcowy twist absolutnie nie zaskakuje, bo widz spodziewa się go w momencie, gdy jeden z androidów ścina włosy (sztucznej istocie rosną włosy?), by upodobnić się do drugiego. No przecież już w połowie filmu wiadomo, że na końcu się zamienią! Gdzie tu niespodzianka?

Idiotyzmów było o wiele więcej, część zostawię kolegom do poznęcania się, ale chciałbym jeszcze wspomnieć o jeszcze jednym „kiksie”. Przymierze na początku filmu trafia na falę neutrin wywołaną wybuchem jakiejś pobliskiej gwiazdy. O ile to jeszcze możliwe (neutrina uwalniają się przy wybuchu supernowych), o tyle zniszczenia spowodowane na ekranie przez te neutrina są dość kuriozalne. Przypominam, że neutrina to prawie bezmasowe, bardzo ciężko wykrywalne cząstki nie reagujące z materią i poruszające się z prędkością bliską prędkości światła. Miliony milionów neutrin pochodzenia kosmicznego w każdej sekundzie PRZENIKA nas i Ziemię. Więc jak – do ciężkiej cholery – takie cząstki mogły zniszczyć żagiel? Jak mogły wywołać tyle zamieszania, zakończonego wstrząsami, pożarem i śmiercią załoganta? I jak w ogóle aparatura statku mogła je wykryć z wyprzedzeniem, skoro informacja o nich pędziła z prędkością światła razem z samymi neutrinami?

Film oglądało mi się źle. Może i widoki były przepiękne, a od strony technicznej można się tu tylko zachwycać, ale to wszystko psuli bohaterowie, ich głupota oraz przewidywalność fabuły. Ocena? Daję 4/10 (z czego punkt za zdjęcia). A po ludzku? Nie warto… No chyba, że ktoś lubi głupotę, albo kibicuje Xenomorfom.

Recenzja według Bartasa

Nie będę ukrywał. Jestem zły i to bardzo. Prometeuszowi dużo wybaczyłem i nawet go w pewnym stopniu polubiłem. Jednak to, co spotkało mnie na tym filmie sprawiło, że sam mam ochotę wsadzić – jak to powiedział Śmiecho – łeb do jaja z facehuggerem. Już wam tłumaczę moje zdenerwowanie. To jest kolejny film z serii o Obcym i jest to całkowita profanacja. W przeciwieństwie do niesławnego Prometeusza tutaj, scenariusz był chyba pisany na kolanie, albo wzorem Michaela Baya nie było go w ogóle. Ciężko mi bowiem wytłumaczyć w inny sposób to, co zobaczyłem. Od początku sceny są w tym filmie tylko po to, by w debilny sposób usprawiedliwić inny debilizm. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć pomysł zmiany kursu statku kolonizacyjnego, bo wykryto sygnał z innej planety i po wykryciu tego sygnału byli w stanie zeskanować powierzchnie planety wraz z kontynentami, ustalić atmosferę (google universe?), ale już budowle na planecie to czarna magia? W ogóle zmiana celu statku kolonizacyjnego? Po co w zasadzie jest ta załoga? Wystarczyłoby dwóch Walterów zamiast tej bandy kretynów. Załogę radośnie hasającą na nieznanej planecie? Kapitana idiotę wraz załogą, próbującą mu dorównać w ilorazie inteligencji? Kretyński pomysł na twist, który przewidzi 5-letnie dziecko? Ten film nie roi się od bzdur. To jest jedna wielka bzdura. Wygląda to naprawdę tak, jakby scenarzysta nie wiedział, co chce opowiedzieć, więc po prostu wrzuci byle jakie wytłumaczenie, byleby doprowadzić do rzezi. No krew mnie zalewa, że robią coś takiego z jedną z moich ulubionych serii. Sam Xenomorf powinien odwiedzić scenarzystę tego filmu i pogadać z nim po swojemu. To co tu opisałem, to tylko fragment głupot tego filmu. Dla tych, którzy będą wiedzieć lepiej i pójdą do kina, polecam scenę z pszenicą. Miazga. Tak jeszcze bardziej subiektywnie dodam, że nie podoba mi się pomysł na genezę Obcego. Zawsze podobał mi się koncept z pierwszej części, że załoga Nostromo natknęła się na dziwną rasę która wyewoluowała sobie gdzieś w kosmosie. Budziło to mój respekt przed nieznanym kosmosem, zaś teraz trochę mi tego brakuje. No cóż jak dla mnie film jest totalnie beznadziejny, a fakt, że jest to kolejna część legendarnej serii sprawia, że odbieram go jeszcze gorzej. Przykro mi panie R. Scott. Po tym co zobaczyłem chciałbym, żeby wziął pan sobie do serca słowa pewnej piosenki: „Trzeba wiedzieć kiedy, ze sceny zejść…”

Recenzja według Mavisa

Ridley Scott – Obcy: poznajemy załogę, która po długim okresie spędzanym w hibernacji, budzi się do życia. Załoganci może wybitnymi osobami nie są, ale są dobrze wyszkolonymi pracownikami, a każdy z nich jest w swój sposób specyficzny. Następnie napotykają na „coś”… Z początku nie wiedzą czym to „coś” jest, powoli zaczyna robić się groźnie. Każdy opracowany plan, w jakimś momencie przestaje działać. Dochodzą ludzkie emocje, panika, żal po stracie znajomych. Ucieczka, chowanie się w każdym zakamarku, szybszy oddech, niepohamowana chęć łyknięcia kolejnej porcji tlenu…

…tego z pewnością nie znajdziecie w Covenant.

Jeśli jesteście ciekawi, jak nie należy konstruować fabuły filmowej, albo w szczególności jak nie należy tworzyć załogi statku,  to ten film jest kapitalnym przykładem. Po pierwsze ktoś wpadł na wspaniały pomysł, aby z postaciami i innymi zdarzeniami budującymi podwaliny pod fabułę filmu zapoznać się….  przed filmem, na Youtube, gdzie jest pokazana „ostatnia wieczerza”, scena z Elizabeth Shaw i Peterem Weylandem. Sam obraz rzuca widza na głęboką wodę, gdzie nie wiadomo, kto jest kim, kto kogo jest mężem, żoną itp. A propos małżeństw, ktoś błyskotliwy stwierdził, że obsługa mostka i statku będą małżeństwami, co totalnie nie wpłynie na kompetencje w wydawaniu decyzji. Kompletnie… Mówię Wam… Nigdy w całej historii Ziemi nie napotkano na taki problem… W ogóle.

Więc może zacznę od tego , że ten film w ogóle nie powinien powstać. I że zamiast tego obrazu powinien być nakręcony konkurencyjny projekt „Obcy 5” – który przez tę marną produkcje został wstrzymany. Już motyw z  neutrinami jest wielkim kopem w du…ę nauce, a dochodzą takie kwiatki jak: w momencie gdy 1 z 16 żagli słonecznych nie działa, cały statek nie ma głównego zasilania. Załoga ląduje w czasie burzy, bez hełmów itp. itd, itp. – nawet nie mam chęci wypunktowania tego wszystkiego. Do tego dochodzą załoganci, który niczym się nie wyróżniają, a wręcz nie mają charakteru. W zależności od scenariusza obracają się jak im wiatr każe oraz są skończonymi idiotami, którzy w dodatku stają się niepoczytalni w momencie, gdy ich ukochany jest zagrożony.

Co jest jeszcze bardziej przerażające to fakt, że film nie ma klimatu… Jest to film grozy bez budowy napięcia. Będąc widzem nie znałem ofiary, śmierć następowała tak szybko, że ów „bohater” nie próbował się od niej wymigać, po prostu ginął szybko, nie zostawiając śladu w mojej pamięci. Na nikim mi nie zależało. To w sumie był gorsze od „Life” , bo tam nie spodziewałem się czegoś górnolotnego albo trzymającego poziom. Gdy już doszliśmy do sceny prysznicowej, byłem zaskoczony tymi osobami, bo nie mogłem ich skojarzyć z pierwszej połowy filmu. I jak mogłem się spodziewać zginęli na miejscu, nie podejmując żadnej próby ucieczki… Żadnej chęci wyrwania się śmierci… Nic. Ok, chyba już wiecie o co chodzi (zaczynam się powtarzać ). A właśnie, wydawało by się, że alarm na pokładzie powinien być słyszalny wszędzie. Nie dotyczy to oczywiście prysznicu, bo na statku nikt nie zamontował lampek ostrzegawczych, syren, czy czegokolwiek, co by powiadomiło załogę będącą w łaziance, że coś się złego dzieje.

Na obronę mogę jedynie napisać, że widoczki były ciekawe.

Dlatego oceniam film na 3/10

Recenzja według Wookiego

Moi przedmówcy w zasadzie kompletnie wyczerpali temat i niewiele mam do dodania. Wizualnie i realizacyjnie nowy „Obcy” ma się dobrze i nie można mu nic zarzucić. Niestety epidemia żałosnych scenariuszy dotknęła również mojego ukochanego Xenomorfa. Ridley Scott jest jednym z moich ulubionych reżyserów. Pierwszy „Obcy” to dla mnie 10/10, uwielbiam „Blade Runnera”, „Marsjanina”, ale cenię również nie związane z science-fiction produkcje jak „1492 Wyprawa do Raju”, „Gladiator”, „Królestwo Niebieskie”, czy „American Gangser” a nawet „Dobry Rok”. Miewał oczywiście gorsze filmy,  jednak zawsze trzymały pewien poziom. Tym razem jednak Ridley mnie kompletnie zawiódł. „Alien: Covenant” to zdecydowanie najgorszy film w jego reżyserii jaki widziałem, a widziałem ich naprawdę sporo.

Trudno się nie zgodzić z tym co piszą Śmiecho, Bartas i Mavis i nie mam nic ponadto na obronę tego filmu. Mogę tylko dodać, że uważam „Przymierzę” za film niewiele lepszy od „Obcego: Przebudzenie”, który był koszmarny (nie liczę serii AvP – to się po prostu nie wydarzyło, wyparłem ścierwo z pamięci). Dobre efekty, piękne zdjęcia nie nadrobią wad scenariusza. Pierwszy „Ósmy pasażer Nostromo” był mistrzowski. Tam w 2 godziny zdążyłem się zżyć z załogą, poczuć klaustrofobiczność i gęstość atmosfery, mimo że przez pierwszą godzinę na ekranie niewiele się dzieje. Nie było wchodzenia w szczegóły typu: „łańcuch się poluzował o 15%” (co to w ogóle znaczy???) i to wyszło filmowi na dobre. Jest załoga, jest sygnał S.O.S., jest jajeczko, jest Xenuś – koniec – film miażdży, film wymiata, film jest arcydziełem. W „Przymierzu” nie było załogi, z którą się poznałem i zżyłem, scenarzyści weszli w jakiś nie mający sensu naukowy bełkot, który tylko śmieszy, nie było klimatu, było po prostu słabo, a nawet żałośnie.

Wychodząc z kina pomyślałem sobie, że jest to w zasadzie tylko nieznacznie lepszy „Life”, jednak im bardziej nad tym myślałem, tym bardziej dochodziło do mnie stwierdzenie nie do pomyślenia: jawna podróba oryginalnego Aliena, która de facto była przeciętnym filmem klasy B, jest w zasadzie lepszym filmem od tegorocznego „Obcego: Przymierze”. Przewidywalność, debilizm i brak logiki scenariusza powalają. Jest mi zwyczajnie przykro, że po raz kolejny zabija się uniwersum Aliena. „Covenant” był spokojnie w top 3 najbardziej oczekiwanych filmów w tym roku, a okazał się gniotem. Oceniam go na 4/10.  Nie polecam nawet największym fanom Xenomorfa.