Star Trek TOS: This Side of Paradise ? recenzja (odcinek 1×25)

Ten odcinek porusza bardzo poważne problemy natury ludzkiej. Zacznijmy jednak od fabuły, która wygląda następująco: Enterprise trafia na planetę która na której zostało wykryte tzw. promieniowanie Bertholda w którym nie da się żyć. Niestety to promieniowanie wykryto niedawno i nie można było już uratować grupy kolonistów. Po wylądowaniu na planecie, okazuję się jednak, że przedstawiciele Federacji nie tylko przeżyli ale cieszą się doskonałym zdrowiem. Na tyle idealnym, że odrosły im wyrostki robaczkowe i znikły wszystkie blizny. Zagadkę rozwiązuje Spock, przy pomocy dziewczyny, którą poznał 6 lat wcześniej na Ziemi. Pokazuję mu ona rośliny, których zarodniki wprawiają istoty humanoidalne w stan euforii, oraz leczą wszystkie dolegliwości. Jak się można domyślić pyłki dość szybko opanowują całą załogę i tylko dzięki pomysłowości kapitana Kirka udaje się uratować sytuację. Na plus trzeba dodać to, że tym razem poznajemy niewiastę, która uczuciem zapałała do Spocka zamiast do Kirka. W ogóle to co w tym odcinku wyczynia Spock jest niewiarygodne. Śmieje się, wisi na drzewie i rozpoczyna związek. Dobrze, że scenarzyści umieją w ten sposób zaskoczyć widza. Jednak ten odcinek porusza też szersze kwestie. Zadaje on pytanie o istotę człowieczeństwa. Czy mając idealne zdrowie, idealne życie i nie musząc nic robić ,nic osiągać nadal jesteśmy ludźmi? Czy sensem naszego życia jest ciągłe dążenie do doskonałości i rozwój? Co zrobi z nas całkowita stagnacja? Trochę odpowiada na to dowódca kolonistów gdy wyzwolony mówi ze smutkiem: straciliśmy 3 lata. Proponuję żeby każdy sam sobie odpowiedział na te pytania.