Pyrkon 2017 – relacja według Pifkowiczów

Największy polski festiwal fantastyki już za nami i nie mogło zabraknąć ekipy PIFKa na tej poznańskiej imprezie. W tym roku zaprezentowaliśmy kolekcję modeli science-fiction, która od zeszłego roku powiększyła się aż dwukrotnie i mamy nadzieję, że podobała się zwiedzającym co najmniej tak samo jak nam :-D. Oczywiście będąc na Pyrkonie, nie mogliśmy sobie odmówić odwiedzenia co ciekawszych dla nas punktów programu, wystaw czy stoisk.

Pyrkon oczami Wookiego

Jako nałogowy planszówkowicz nie mogłem sobie odmówić sprawdzenia kilku tytułów prezentowanych na Pyrkonie. Skorzystałem z okazji, że na samym początku konwentu hala wystawców była jeszcze luźna i pierwsze co zrobiłem to przetestowałem dwie nowe gry planszowe. Pierwszą z nich był Century: Korzenny Szlak wydawany w naszym kraju przez poznańskie wydawnictwo Cube i muszę przyznać, że przypadła mi do gustu jako prosta w tłumaczeniu, w miarę szybka gra w zasadzie dla każdego. W sieci nazywana jest Splendor killerem i powiem szczerze, że nie jest to określenie w żaden sposób przesadzone, bo rozgrywka nieco przypomina hit od Rebela, jednak dla mnie jest ciekawsza i bardziej urozmaicona. Na plus zasługuje też przepiękne wykonanie. Jedynym minusem dla mnie było kompletne oderwanie mechaniki od klimatu gry. Spokojnie zamiast handlu przyprawami, moglibyśmy hodować zwierzaczki lub zbierać rude w kosmosie – nie miałoby to wpływu na samą rozgrywkę.

Drugi tytuł jaki zdążyłem sprawdzić, to Kanagawa od wydawnictwa Portal autorstwa słynnego Bruno Cathali. Tą grą byłem bardzo zainteresowany – klimaty XIX-wiecznej Japonii, ciekawa mechanika, również krótka i prosta w tłumaczeniu. Jednak w samej rozgrywce czegoś mi zabrakło. niby wszystko było ok, ale nie niczym mnie nie zaskoczyła, brakowało tego czegoś. Wykonanie za to przepiękne, jednak gra raczej nie dla mnie.

Kiedy na hali wystawców zrobiło się naprawdę tłoczno, trzeba było się ewakuować. Następnie podjęliśmy wyzwanie w konkursie wiedzy na temat Big Bang Theory. Szło całkiem nieźle, ale ostatecznie do podium nie dotarłem, acz było blisko. Sam konkurs był klasyczną ‚wiedzówką’ z bardzo nierównymi pytaniami, co dla mnie jest nieco dyskwalifikujące, bo nie wiedza a szczęście często decyduje o zwycięstwie. Do tego kontrowersyjnym zabiegiem było dla mnie przejmowanie pytań na zasadzie zapamiętania, jaki numerek wybrała poprzednia osoba, która nie odpowiedziała poprawnie i jak wiesz to możesz sobie to samo pytanie wybrać. Problem był w tym, że nie zawsze było słychać jaki numerek dany zawodnik wybrał. Pozostanę przy zdaniu, że jakiekolwiek przejmowanie pytań na konkursie to zło.

Pozostała część piątku również zeszła na konkursach. Następny był „screenowy konkurs o animacjach”. Znów miałem problem z wymieszaniem wszystkich pytań do jednego wora. Do tego dochodził problem podziału na obligatoryjne dwie kategorię: wschodnią, czyli oczywiście anime i zachodnią czyli Disney i spółka. Promowało to strasznie miłośników azjatyckiej animacji, a co gorsze w informacji na stronie Pyrkonu była mowa o wyborze kategorii, co byłoby dużo lepszym rozwiązaniem. Dodać jeszcze podział na kategorię trudności i byłby git. Nie wiem tylko co prowadzący mieli z chęcią pokazywania cały czas golizny i dwuznacznych scen – była to ich jakaś misja najwyraźniej, bo co drugie zdjęcie z azjatyckich animacji to był właśnie taki. Podsumowując wiedza u prowadzących była, jednak sama jakość fotek i formuła do poprawy.

Następnym konkursem była wiedzówka z Gwiezdnych Wojen, który okazał się najbardziej kuriozalną sytuacją jaką miałem do czynienia doświadczyć w mojej dziewięcioletniej karierze uczestnika Pyrkonu. Już na początku koordynator sali zachował się po prostu skandalicznie – miał  problem z wpuszczeniem do pustej (wietrzącej się) sali matki z dzieckiem w wózku, żeby zgromadzony przed salą tłum ich nie stratował i co najgorsze skwitował to tekstem: „nie wpuszczę, bo zaraz się znajdą jakieś kobiety w ciąży, albo inni niepełnosprawni…” [sic!]. Jak takie słowa w ogóle mogą paść z ust organizatora takiej rangi imprezy? nie wiem, ale mam nadzieję, że już nigdy ta osoba nie będzie miała tak odpowiedzialnego stanowiska. Sam konkurs prowadziły bardzo młode dziewczyny, które widać nie miały żadnego doświadczenia w prowadzenia tego typu punktu programu. Zaskoczyła ich tak liczna liczba uczestników, same pytania też domagały się sporej poprawki. Znowu pytanie do organizatorów, w jaki sposób te dziewczyny przeszły przez Wasze gęste sito doboru programu? Prowadzące się starały, jednak tłum je zwyczajnie zjadł. Banda w większości dużo starszych od nich chłopów zwyczajnie je zakrzyczał, wyśmiewał, trzaskał drzwiami z oburzenia, a gżdacz w tym czasie sobie spokojnie stał (na dodatek nieoznaczony) przy drzwiach i się przyglądał. Skończyło się to oczywiście awanturą na koniec, bo ktoś miał dostać punkt więcej, a ktoś coś wiedział ale nie powiedział czy inne żałosne wykłócanie się za marne 10 Pyrfuntów więcej.  Ludzie zachowywali się jak bydło. Dziwczyny się popłakały – zwyczajnie już nie ogarnęły co się tu odpier…liło. W zasadzie nie wiem co by się tam działo, gdybyśmy we trójkę z Bartasem i Mavisem nie stanęli w ich obronie. Na koniec przyszedł koordynator, który stwierdził, że wszystko było spoko, bo przecież nie dzwoniły ani prowadzące ani gżdacz, więc skąd on mógł wiedzieć. W tym momencie kompletnie straciłem wiarę w tą sławioną solidarną wspólnotę konwentową. Naprawdę widzieć jak dwumetrowy facet rzuca się do gardła nastolatki bo chce pyrfunciki. Żałosne, po prostu żałosne i do tego ten pseudokoordynator, który nie umiał w żaden sposób ogarnąć sytuacji. Państwo organizatorzy Pyrkonu ogromna żółta kartka!!! Było to zarazem ostatni punkt programu jaki odwiedziłem w piątek. Resztę dnia spędziliśmy przy naszej wystawie, chłonąc z emocji.

Pifkowicze na konkursie Ryjówkowym
Pifkowicze na konkursie Ryjówkowym

Sobota była skromna jeśli chodzi o atrakcje, w których brałem udział. Sporo czasu spędziliśmy na wystawie, gdzie można było z nami porozmawiać, zadać pytania dotyczącej samej ekspozycji jaki i naszej działalności. Poza tym znów królowały konkursy. Pierwszy soundtrackowy był bardzo wyzwaniem, któremu nie podołaliśmy. Trudno się do czegokolwiek tutaj przyczepić – prowadzony był z ładem, pytania zróżnicowane i podzielone na dwie kategorie: filmy i gry komputerowe. Dalej przyszła już kolej na legendarną Ryjówke, na której chcieliśmy powtórzyć sukces z Polconu 2016, gdzie zajęliśmy trzecie miejsce. Niestety tym razem aż tak dobrze nam nie poszło, jednak walczyliśmy dzielnie prawie do samego końca. Sam konkurs to klasa sama w sobie i wzór do naśladowania. Skąd chłopaki biorą pomysły na pytania nie wiem, ale pełen szacun. Honoru przyszło na bronić na konkursie wiedzy o Space Operach. Jak można było się domyślać, w tym temacie czuliśmy się jak ryba w wodzie i zajęliśmy pierwsze miejsce. Konkurs był ciekawy, fajny był podział na postacie, statki, bitwy i lokację. Brakowało jednak różnorodności co do uniwersum – górował Babylon 5, Gwiezdne Wojny, StarGate i gonił ich Star Trek. czekam na drugą edycję  z większą różnorodnością pytań. Na koniec dnia udałem się na panel twórców filmowych na temat crowdfundingu, na którym występowali między innymi Staszek Mąderek i Timo Vuorensola, reżyser ‚Iron Sky’. Bardzo ciekawie słuchało się wszystkich prelegentów, a jeszcze lepiej oglądało się nieopublikowane jeszcze materiały z filmów nad którymi panowie pracują w tym oczywiście z nowego ‚Iron Sky’.

Niedziela była najspokojniejszym dniem. Na hali wystawców wypróbowałem grę planszową Marco Polo od wydawnictwa Albo, czyli laureatkę nagrody Zaawansowana Gra Roku 2016. Był to zdecydowanie najcięższy tytuł w jaki zagrałem na Pyrkonie 2017. Okazał się ciekawym ekonomicznym dice placementem, w którego nigdy nie odmówię partyjki. Właściwości poszczególnych postaci, w które gracze mogą się wcielać są bardzo asymetryczne i jednocześnie mocne, także gra każdą z nich zmienia kompletnie strategię. Minusem Marco Polo natomiast było wykonanie. Mało żetonów monet. Komponenty surowców natomiast były ciężkie do odróżnienia – ‚jedynki’ i ‚trójki’ przeważnie się zlewały. Dyskusyjna jest też oprawa graficzna, ale to już rzecz gustu. Po niemal dwugodzinnej rozgrywce, wróciłem na PIFKOwą wystawę i do końca trwania konwentu już się z niej nie ruszałem.

Timo Vuorensola i nasze stoisko
Timo Vuorensola i nasze stoisko

Słowem podsumowania, tegoroczny Pyrkon mnie nie zaskoczył. Jak zawsze było multum atrakcji, mnóstwo punktów programu, na które jak zwykle chciałem dotrzeć ale nie dotarłem. Bardzo interesująco wyglądała sala naukowa i filmowo-serialowo, ale nie udało mi się wbić tam na żaden punkt programu. To, że nie było zaskoczenia, nie znaczy oczywiście, że mi się nie podobało. Pyrkon od lat to klasa sama w sobie i tym razem pod tym względem też nie zawiódł (no może poza incydentem z konkursu Gwiezdnych Wojen). Jeśli miałbym szukać minusów to klasyczny problem z dostaniem się na niektóre punkty programu. Do tego dodam drobną wadę  z mojego planszówkowego punktu widzenia – czyli tytuły do zagrania u wydawców. Nie wiedzieć dlaczego, wszyscy nastawili się na jakąś totalną drobnicę. Brakowało natomiast pozycji dla typowych planszówkowych geeków. Gdzie był First Martians, albo Alien Artifacts od Portalu, gdzie Hannibal od Phalanxów (którego na dodatek obecnie trwa kampania na KS) i tak dalej? Tutaj pozostaje lekki niedosyt. Jednak przez to, że Pyrkon jest tak eklektyczny nie mogę powiedzieć, że się nudziłem, bo zawsze mogłem coś ciekawego znaleźć do zwiedzenia, posłuchania, obejrzenia.

Pyrkon oczami Śmiecha

Podczas gdy moi koledzy kręcili się w okolicy bloku konkursowego, mnie udało się trafić na kilka prelekcji naukowych. Zanim jednak opiszę te punkty programu, w których uczestniczyłem, muszę z przekąsem wspomnieć o tym, że w bloku naukowym nie dało się nie zauważyć kilku prelekcji o pokrywającej się tematyce. Przykładem niech będą piątkowa „Teoria ewolucji to tylko teoria…” i sobotnia „Pseudonauka – śmiać się czy bać się”. Ale nic to, jedziemy…

Zacząłem w piątek od wysłuchania prelekcji „Teoria ewolucji to tylko teoria…” Łukasza Sakowskiego. Tematyka wydaje się ciekawa i widać było, że prowadzący ma sporą wiedzę i niejakie doświadczenie naukowe, lecz niestety odrobinkę zawiodła forma prelekcji. Trochę definicji i suchych faktów oraz statyczna prezentacja w PowerPoincie to w dzisiejszych czasach za mało, żeby porwać słuchaczy. Pewnie dlatego bardzo miło wspominam kolejną prelekcję, to znaczy „Jak duży jest Wszechświat”. Wykład prowadził doktor Leszek Błaszkiewicz i choć opowiadał o rzeczach absolutnie podstawowych, to robił to z humorem i pasją. Do tego bardzo często wtrącał anegdoty, ciekawostki i dygresje, więc nie ukrywam, że słuchałem go z ogromną przyjemnością. I wreszcie trzeci piątkowy wykład pod tytułem „Pogromcy mitów, czyli filmy okiem fizyka” z jeszcze innym podejściem do sposobu prowadzenia prelekcji. Wykład przygotowali studenci z Koła Naukowego Fizyków Fusion, działającego przy Wydziale Fizyki UAM. Widać było, że chłopaki – choć kipiący dobrym nastrojem i entuzjazmem – mają jednak niewielkie doświadczenie w publicznych wystąpieniach i często się zacinali. Do tego niestety muszę dodać, że na warsztat wzięli bardzo mało przykładów filmów i scen, w których pokazali szwankującą fizykę i luźne podejście scenarzystów do praw nauki.

Choć każda z piątkowych prelekcji miała jakieś wady i w każdej z nich coś innego szwankowało, to jednak najmilej spędziłem czas na wykładzie doktora Błaszkiewicza. Tematyka prosta, ale podana w bardzo interesującej formie. Niestety nie było mi dane trafić na naukową prelekcję idealną, bo w sobotę i niedzielę inne atrakcje odciągnęły mnie od tego bloku na dobre.

Stoisko Pifkowe pod opieką Śmiecha szybko opanowali Szturmowcy
Stoisko Pifkowe pod opieką Śmiecha szybko opanowali Szturmowcy

O sobotnim konkursie Ryjówkowym co nieco pisał już Wookie, ale ja również nie mogę się opanować, by nie pochwalić Noxa i Jako_m za inwencję twórczą i odjechane pomysły przy wymyślaniu pytań konkursowych. Troszkę szkoda, że tak wcześnie odpadliśmy, ale i tak zabawa była przednia.

W sobotę udało mi się jeszcze dotrzeć na prelekcję Michała Lisieckiego „Things You Haven’t Noticed in Your Favourite Films”, czyli 2 godziny słuchania o cameo, wpadkach, przejęzyczeniach, błędach montażowych, easter eggach i co tam jeszcze w filmach się pojawiało. Akurat na Michała można tutaj liczyć, bo i wiedzę ma dość sporą, i opowiadać o tym umie, a i prezentację ma zawsze dopracowaną technicznie (na napisanym własnoręcznie silniku!). Ciekawostka: w tym roku (w sumie nawet nie wiem z jakiego powodu) Michał prowadził wykład po angielsku. Jego prelekcje kojarzę jako pierwszorzędne z poprzednich konwentów i tym razem również się nie zawiodłem.

Wieczór skończył się troszkę przypadkowym spotkaniem z niezależnymi twórcami filmowymi, często tworzącymi fanowskie produkcje w oparciu o crowdfunding. O problemach i ciekawostkach opowiadali Staszek Mąderek (znany głównie z internetowego hitu sprzed lat „Stars in Black”), Erasmus Brosdau (tworzący filmy korzystając z komputerowych silników graficznych w świecie Warhammera), Janek Kawecki (próbujący dokończyć fanowską produkcję ze świata Wiedźmina pod tytułem „Pół Wieku Poezji Później”) oraz Timo Vuorensola (chyba najbardziej znany na świecie z całej czwórki ze swojego „Iron Sky”). Twórcy zostali wrzuceni na głęboką wodę, bo gdzieś wcięło prowadzącego spotkanie, dlatego moderacji podjął się sam Timo. Czy było ciekawie? Nawet, nawet… Nigdy nie miałem do czynienia z tematyką spotkania, więc poruszane problemy są mi obce, ale przyznaję, że słuchało się wszystkiego z zainteresowaniem. Co innego Mavis… 🙂 Jako największy wielbiciel Timo Vuorensoli w tej części świata był wniebowzięty… ale o tym pewnie napisze sam. 🙂 W tym wszystkim zastanawia troszkę pusta sala, choć mogąca pomieścić na oko pół tysiąca osób, to gościła mniej niż 40 słuchaczy.

Model rozbitego wraku Tie Fightera robił wrażenie. Do tego odpowiednio przebranymi cosplayerami...
Model rozbitego wraku Tie Fightera robił wrażenie. Do tego odpowiednio przebranymi cosplayerami…

I to tyle z oficjalnych pyrkonowych punktów programu, w których uczestniczyłem. Pozostałą część soboty i całą niedzielę spędziłem albo na naszym stoisku, albo wpadając na chwilę na króciutką sesję zdjęciową fanów Star Treka, albo rozmawiając z widzianymi raz na rok znajomymi, albo wałęsając się po terenie MTP i robiąc fotki cosplayerom. A właśnie… Cosplayerzy jak zwykle nie zawiedli i nie sposób nie zachwycać się pietyzmem i szczegółowością przygotowywanych kostiumów. Jakkolwiek by to zabrzmiało: zazdroszczę tym ludziom pasji i umiejętności (oraz pewnie czasu). Najlepsze jest to, że coraz więcej widać przebrań, które dorośli robią swoim dzieciom. Gębą sama mi się uśmiechała, gdy widziałem kilkuletnią księżniczkę Leię, albo Flasha.

Skoro mowa o dzieciach… Po raz pierwszy w tym roku tak bardzo zauważyć można było, że w niedzielne południe na terenie MTP pojawiło się mnóstwo rodziców z kilkuletnimi dzieciakami, które z rozdziawionymi buźkami oglądały chodzącego między nimi Dartha Vadera, Buzza Astrala, czy Małą Syrenkę. To fajny widok, w dodatku pozwalający optymistycznie patrzeć w przyszłość. Te dzieci, które dziś z podziwem wszystko oglądały, za kilka lat same będą szyć stroje albo przygotowywać prelekcje czy konkursy na kolejne konwenty. Mam wrażenie, że kiedyś dzieci było o wiele mniej, a na Dębcu nie było ich wcale.

Spotkanie gwiezdno-wojennych
Spotkanie gwiezdno-wojennych

Moje podsumowanie tegorocznego Pyrkonu będzie takie: jest lepiej niż w zeszłym roku (choć i tak z nostalgią najbardziej wspominam pierwsze Pyrkony „Dębcowe”, albo te z lat 2012-2014). Naprawiono to, co najbardziej szwankowało w 2016, czyli dziwne rozmieszczenie sal i wykorzystanie budynków i być może dlatego nie odczuwało się aż tak bardzo tłoku i ścisku, jak w zeszłym roku – to główna przyczyna, dla której ostatniego Pyrkonu nie wspominam dobrze. Wtedy nawet na korytarzach ludzie chodzili sobie po głowach. Na minus odczuwam praktyczny brak bloku integracyjnego i – tradycyjnie – utratę braterskiej atmosfery. Wiem, że przy kilkudziesięciu tysiącach odwiedzających nie sposób wrócić do tego, gdy wszyscy się znali, a żartobliwe przerywanie prowadzącemu prelekcji nie było niczym złym. Śmiechu było więcej, gdy ludzie na wykładach siedzieli na podłodze, a same prelekcje przygotowywali amatorzy z pasją. Dziś liczbę osób ogranicza ilość krzeseł w sali, wykłady daje się specjalistom, niektórzy zwracają się do siebie per „Pan/Pani”, a punkt ciężkości przechylił się z prelekcji i spotkań z twórcami w kierunku widowiskowości (cosplay) i sprzedaży (cały budynek dla stoisk i handlu). 99% ludzi, z którymi się obijałem na korytarzach było mi nieznanych. I choć troszkę żal straconej atmosfery, to wiem, że stary klimat już nie wróci.

Ale i tak pojawię się tam za rok. 🙂