Star Trek TOS: A Taste of Armageddon ? recenzja (odcinek 1×23)

Enterprise leci z misją dyplomatyczną, jednak mieszkańcy planety Eminiar VII nie życzą sobie kontaktów z Federacją (tak, wreszcie mowa o Zjednoczonej Federacji Planet!!!). Jednak to nie zraża federacyjnego dyplomaty, który wręcz nakazuję Kirkowi, dowiedzieć się dlaczego obcy tak się zachowali. Na miejscu Kirk odkrywa szokującą prawdę. Otóż mieszkańcy tej planety od 500 lat prowadzą wojnę z inną planetą układu. Najbardziej wstrząsające jest jednak to, że w czasie ataku obie strony używają symulacji a komputer wylicza jakie obszary byłyby zniszczone oraz ile osób zginęło. O ile budynki nie są niszczone to ludzie, wytypowani do śmierci, dobrowolnie idą oddać życie. Siła tego odcinka jest właśnie w tym pomyśle. Cywilizacja, której komputer wylicza kto ma zginąć w ataku. Oczywiście problem pojawia się kiedy komputer stwierdza, że w wyniku ataku został zniszczony Enterprise. Brawa dla scenarzystów, którzy umiejętnie nakreślili nam obraz cywilizacji i jednostek, które zbyt się boją, żeby zmienić swój los. Widzimy przywódcę Eminiar, który jest gotów zniszczyć Enterprise, byle tylko zachować status quo. Co więcej, jeśli dołożymy do tego motyw sztucznej inteligencji posiadającej praktycznie władzę absolutną i decydującą o życiu i śmierci, rysuję nam się bardzo przyzwoity odcinek. Dodatkowo, swój czas antenowy dostał też Scotty, który dowodził statkiem pod nieobecność kapitana i pierwszego. Trzeba mu przyznać, że poradził sobie w tej sytuacji całkiem dobrze, zwłaszcza, że miał nad sobą ambasadora, do którego nie docierała prawda. Samo zakończenie też przyzwoite i to bardzo w stylu federacyjnym ale zarazem nie jest banalne. Zamiast radosnego hasła: ok, już się teraz lubimy, dostajemy informację o rozpoczęciu rokowań. Bardzo dobry odcinek i to na wielu płaszczyznach. Polecam.