Szturmowcy śmierci – recenzja książki

Ponownie autor „Czerwonych żniw” i ponownie tematyka zombie. Gwoli ścisłości to ta książka była pierwsza a dopiero potem napisał historię z Old Republic. Mamy tutaj więzienną barkę, która napotyka opuszczony gwiezdny niszczyciel i przynosi z niego coś śmiertelnego. Reszta fabuły jest oczywista: ucieczka przed złymi i głodnymi nieumarłymi. Od razu wam powiem – pierwsza część książki to rewelacja. Czyta się to jak pierwszorzędny horror, gdzie niczym w „Obcym” nie wiemy co atakuje ani jak z tym walczyć. Tajemnica wciąga, intryguje aż do kulminacyjnego momentu, czyli pojawienia się nieumarłych. Niestety, ale pojawienie się zombie nieco psuje efekt, podobnie jak pomysł wprowadzenie w horrorze postaci Hana Solo i Chewiego. Serio, nie ma to jak czytać horror, gdzie jesteś pewien, że dwójka bohaterów przeżyje. Jednak warto zauważyć, że ci zombie potrafią się uczyć a nawet pilotować statki. Osobiście wolałbym zamiast wirusa zmieniającego istoty w zombie jakiegoś potwora. Najlepiej mi się czytało, gdy bohaterowi wydawało się, że coś chowa się w mroku. No ale w przeciwieństwie do wyżej wspomnianych „Czerwonych żniw” całkiem nieźle się to czyta i jeśli ktoś chciałby przeczytać coś gwiezdnowojennego bez gwiezdnych wojen to polecam 🙂