Środa z Xenomorfem: Obcy – ósmy pasażer Nostromo

Przy okazji niedawnego seansu Aliena: Covenant postanowiłem odświeżyć sobie sagę o Obcym. W sumie kwadrologię oglądałem dobre kilkanaście lat temu – bardzo możliwe, że jeszcze w zeszłym tysiącleciu, więc chyba warto wrócić do tego, co tak mocno fascynowało i ciągle fascynuje ludzi. Plan jest taki, żeby opisywać jeden film co tydzień, a na tapetę wezmę 4 filmy samodzielne plus te dwa nieszczęsne crossovery z Predatorem. Zobaczymy, czy dam radę dotrzymać terminów. 🙂 Na pierwszy ogień idzie „Ósmy pasażer Nostromo”…

dalej „Środa z Xenomorfem: Obcy – ósmy pasażer Nostromo”

Star Trek TOS: Operation-Annihilate– recenzja (odcinek 1×29)

W ostatnim odcinku sezonu Kirk wraz załogą próbuje opanować zarazę, która zaatakowała już kilka planet. Tym razem jednak plaga popełniła błąd strategiczny. Uderzyła bowiem w planetę, na której żyje brat kapitana USS Enterprise wraz z rodziną. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że ta plaga to stworzenie przypominające trochę ziemską płaszczkę, tyle że latają w powietrzu. Jedno z nich atakuje Spocka, a on dzięki wolkańskiej dyscyplinie opanowuje ból i staje się królikiem doświadczalnym, dzięki czemu McCoy opracowuje skuteczną metodę leczenia. Nie będę was oszukiwał: nie jest to odcinek najwyższych lotów. Co prawda na zakończenie twórcy zafundowali nam taki mini twist, ale nie czarujmy się – każdy, kto obejrzy ten odcinek dość szybko o nim zapomni. Najciekawsze w tej historii jest to, że dostajemy informacje o rodzinie naszego kapitana, a i jego rozterki, a w zasadzie obsesja, nadaje ciekawy koloryt temu odcinkowi. Jednak wydaje mi się, że fabuła nie jest zbyt porywająca, a mnie osobiście lekko drażni robienie ze Spocka jakiegoś „superbohatera”. Przede wszystkim jest on tylko w połowie wolkaninem, więc może dziwić, że posiada dosłownie wszystkie cechy tej rasy. Po pierwszym sezonie wyłania się też taki schemat: pojawia się problem – Spock rozwiązuje o za pomocą wolkańskich „mocy”. I zazwyczaj gdy powinno coś mu się stać okazuję się, że Wolkanie mają coś tam, coś tam i to go ratuję. Dla przykładu końcówka tego odcinka. Sam odcinek mocno średni.

Star Trek TOS: The City on the Edge of Forever– recenzja (odcinek 1×28)

Tym razem, wskutek przedziwnego zbiegu okoliczności, kapitan Kirk wraz ze Spockiem odkrywają na pewnej planecie „Strażnika Wieczności”. Działa on z grubsza tak, że pokazuję każdy fragment naszej historii i pozwala przenieść się do innych czasów. Rzecz jasna budzi to pewne uzasadnione pytania: dlaczego pokazuję tylko naszą historię? Czy można przenieść się na przykład na Qo’noS i zmienić historię Klingonów? No i najpoważniejsze pytanie: dlaczego ktoś to zbudował? Niestety na żadne z tych pytań nie otrzymamy odpowiedzi. Zamiast tego doktor McCoy (w stanie nie do końca trzeźwym) wyrusza w przeszłość i zmienia rzeczywistość w taki sposób, że znika cała Federacja jak i Enterprise. W ślad za nim rusza Kirk i Spock lądując prosto w latach 30 ubiegłego wieku. Rzecz jasna jest to odcinek z gatunku „oszczędnych”. Znaczy to tyle, że trzeba było trochę zaoszczędzić na dekoracjach i efektach specjalnych (podobnie było w odcinku Star Trek Enterprise: „Carbon Creek”). Tutaj postanowiono wrzucić naszych bohaterów w lata 30 co z pewnością jest łatwiejsze niż pokazanie obcych albo innej planety. Jednak mimo tego ograniczenia, dostajemy całkiem porządny odcinek. Kirk w przeszłości się zakochuje (co nikogo nie dziwi) oczywiście ze wzajemnością (co zasadniczo też nikogo nie dziwi). Jednak okazuję się, że McCoy zmienił przyszłość ratując ukochaną kapitana Kirka. Jest to świetne rozwiązanie bo początkowo widz mocno się zastanawia co też doktor uczynił aby zmienić bieg historii. Uratowanie dobrej osoby jaką była Edith jest całkiem ciekawym twistem. Jeszcze ciekawsze jest powiązanie w jaki sposób, ocalenie jej życia doprowadzi do upadku USA. Nie zdradzę wam tego ale jest to interesujące. Jeśli dodamy do tego rozterki Jamesa Kirka, który się zastanawia czy będzie miał siłę zawrócić bieg historii dostajemy bardzo dobry epizod. Polecam.

 

Star Trek TOS: Errand of Mercy – recenzja (odcinek 1×27)

Tym razem scenarzyści stanęli na wysokości zadania i zafundowali nam nie tylko ciekawy i wciągający odcinek, ale również tworzący całe federacyjne uniwersum. Przede wszystkim poznajemy tutaj rasę niejakich Klingonów (z płaskimi czołami – co jest zrozumiałe dla każdego kto oglądał Star Trek Enterprise), z którymi nasza Federacja rozpoczyna wojnę. Główną osią odcinka są wydarzenia na planecie Organia, na którą zostały wysłane klingońskie siły okupacyjne. W związku z tym Kirk wraz ze Spockiem wyrusza na tę planetę, aby zaoferować mieszkańcom pomoc. I tutaj mamy zaskoczenie, bo rdzenni mieszkańcy są zdeklarowanymi pacyfistami i odmawiają przyjęcia pomocy. Następnie na planetę przybywają klingońskie siły inwazyjne pod dowództwem Kora, a Spock i Kirk są zmuszeni się ukrywać aż do wielkiego finału. Wielkiego i trzeba tu zauważyć zaskakującego, bo okazuję się kim tak naprawdę są Organianie i muszę przyznać, że jest to dość ciekawe rozwiązanie. Żeby wam za dużo nie spojlerować powiem tylko, że w kosmosie nic nie jest takie jak się wydaje. Ogólnie odcinek mega ciekawy z ciekawą fabułą która, co ważne, nie traci tempa. Co istotne, poznajemy Klingonów jako rasę agresywną, wręcz dziką, nie mającej żadnych skrupułów. Nie dziwie mnie zupełnie, że to właśnie ta rasa będzie jedną z głównych antagonistów Federacji. Odcinek polecam – ogląda się go jednym tchem.

Star Trek TOS: The Devil in the Dark – recenzja (odcinek 1×26)

Na planecie górniczej giną ludzie. Tajemniczy potwór zabija górników i od razu ucieka. Na ratunek zostaje przysłany statek Enterprise. Kirk wraz ze Spockiem szybko odkrywają prawdę jaką jest istnienie krzemowej formy życia. Cenie ten odcinek za pomysł. Wreszcie ktoś wpadł na na to, że kosmitą niekoniecznie musi być istota o dwóch rączkach i dwóch nóżkach. To co scenarzyści nam tutaj zaoferowali to coś naprawdę niesamowitego a mianowicie, dosłownie stwora, który wygląda jak wielki stos kamieni. Przez większość odcinka trwa polowanie na niego, co mocno kojarzyło mi się z „Obcym”.Te wąskie korytarze, strach przed nieznanym, to coś co naprawdę udało się w tym odcinku. Niestety nie wszystko jest tu idealne. Samo spotkanie Horty ze Spockiem jest lekko zabawne a gra aktorska Nimoya… No cóż powiedzieć, że lekko przesadził to nic nie powiedzieć. Tak samo lekko dobijający  jest pomysł, aby doktor McCoy leczył potwora za pomocą cementu. Trochę szkoda bo przy odrobinie chęci mielibyśmy wyjątkowo udany odcinek. A tak twórcy zatrzymali się gdzieś po środku. Niby pomysł ciekawy, świetny klimat no i wreszcie nie humanoidalny obcy, ale jednocześnie wkradło się trochę nudy i głupotek. Mimo to myślę, że warto się z nim zapoznać chociażby żeby zobaczyć krzemową formę życia (albo pośmiać się z McCoya budowniczego).

Skok Millenium – recenzja książki

Hmm…Tym razem dostajemy historię typu Ocean’s Eleven. W zasadzie książka powinna się nazywać Solo’s 11 🙂 Han Solo zbiera tu ekipę, żeby obrabować pewnego gangstera. I co by tu dużo mówić, czyta się świetnie, pod warunkiem, że ktoś lubi tego typu klimaty. Ja osobiście jestem wielkim fanem, więc bawiłem się niesamowicie. Ciekawy plan rabunku, intryga to wszystko wciąga od pierwszych stron. Świetne są też postacie chociaż tutaj mam mały problem. Pojawia się tu bowiem znana z późniejszych historii Winter, jednak gdy później spotka Hana Solo nie wspominają o tej eskapadzie…Inną kwestią jest pojawienie się Lando Calrissiana mimo dość chłodnego pożegnania z Hanem w „Świcie Rebelli”. Świetni są tu też antagoniści. Czuć, że to prawdziwi gangsterzy, z tych których lepiej mięć za przyjaciół niż za wrogów. Tak jak wspomniałem czyta się to świetnie a liczne nawiązania do różnych filmów dodają fabule smaku. Można nawet zauważyć delikatne odniesienie do Indiany Jonesa :). Jednak mimo to podczas tej lektury naszło mnie parę przemyśleń. Czy to nadal są gwiezdne wojny? Równie dobrze historia mogłaby się dziać po pewnym delikatnych zmianach w USA 🙂 No i dlaczego wywiad imperialny zachowuję się tak dziwnie? Skoro jest on tutaj pokazany jak co najmniej dziecko CIA i KGB, to niby jak nie wyłapał wszystkich rebeliantów zanim zdążyli wsiąść do X-wingów? Na pocieszenie powiem, że koniec książki serwuje nam dość zaskakujący twist, a cała powieść jest po prostu typową rozrywkową fabułą. Mimo mankamentów – polecam.

Kino z Pifkiem, czyli majowe spotkanie dodatkowe

Ostatnio sypnęło science-fiction w kinach, a poza tym niektórzy z nas są zafascynowani Xenomorphem. Z tego powodu w najbliższy wtorek (16 maja) o 19:45 idziemy klubowo do Multikina 51 na seans „Alien: Covenant”. Wszystkich chętnych, którzy z nami chcą ocenić i poplotkować o nowym Alienie serdecznie zapraszamy.

Star Trek TOS: This Side of Paradise – recenzja (odcinek 1×25)

Ten odcinek porusza bardzo poważne problemy natury ludzkiej. Zacznijmy jednak od fabuły, która wygląda następująco: Enterprise trafia na planetę która na której zostało wykryte tzw. promieniowanie Bertholda w którym nie da się żyć. Niestety to promieniowanie wykryto niedawno i nie można było już uratować grupy kolonistów. Po wylądowaniu na planecie, okazuję się jednak, że przedstawiciele Federacji nie tylko przeżyli ale cieszą się doskonałym zdrowiem. Na tyle idealnym, że odrosły im wyrostki robaczkowe i znikły wszystkie blizny. Zagadkę rozwiązuje Spock, przy pomocy dziewczyny, którą poznał 6 lat wcześniej na Ziemi. Pokazuję mu ona rośliny, których zarodniki wprawiają istoty humanoidalne w stan euforii, oraz leczą wszystkie dolegliwości. Jak się można domyślić pyłki dość szybko opanowują całą załogę i tylko dzięki pomysłowości kapitana Kirka udaje się uratować sytuację. Na plus trzeba dodać to, że tym razem poznajemy niewiastę, która uczuciem zapałała do Spocka zamiast do Kirka. W ogóle to co w tym odcinku wyczynia Spock jest niewiarygodne. Śmieje się, wisi na drzewie i rozpoczyna związek. Dobrze, że scenarzyści umieją w ten sposób zaskoczyć widza. Jednak ten odcinek porusza też szersze kwestie. Zadaje on pytanie o istotę człowieczeństwa. Czy mając idealne zdrowie, idealne życie i nie musząc nic robić ,nic osiągać nadal jesteśmy ludźmi? Czy sensem naszego życia jest ciągłe dążenie do doskonałości i rozwój? Co zrobi z nas całkowita stagnacja? Trochę odpowiada na to dowódca kolonistów gdy wyzwolony mówi ze smutkiem: straciliśmy 3 lata. Proponuję żeby każdy sam sobie odpowiedział na te pytania.