Iron Fist – sezon 1, recenzja

Przyznam, że po tym co Netflix w tandemie z Marvelem nam do tej pory serwowali, czekałem na „Iron Fista” z zadziwiającą niecierpliwością. Nie raz podkreślałem, że wszelakie produkcje komiksowe są mi raczej obojętne, jednak po tym co zobaczyłem w „Jessice Jones”, „Luke’u Cage’u” i „Daredevilu” kolejny bohater, tym razem mocno osadzony w dalekowschodniej kulturze zapowiadał się naprawdę dobrze. Biorąc pod uwagę jak doskonale były nakręcone sceny walki „Diabła z Hell’s Kitchen”, to kung-fu w wydaniu Żelaznej Pięści musiało zapowiadać się rewelacyjnie. Czy faktycznie serial spełnił moje oczekiwania? O tym za chwilę.

 

Najpierw, tradycyjnie skupmy się na fabule „Iron Fista”. Tutaj nie ma żadnego większego zaskoczenia. Młody Danny Rand wraca do Nowego Jorku, aby odzyskać spuściznę po swoich rodzicach. A jest o co walczyć, bo ojciec Dany’ego był współzałożycielem ogromnej korporacji, która jest z resztą sygnowana jego nazwiskiem (Rand Enterprises), Problem polega jednak na tym, że podobnie jak jego rodzice, Danny został uznany za zmarłego kilkanaście lat temu. Sprawę pogarsza wygląd i zachowanie naszego bohatera – bosy w znoszonych łachach próbuje dostać się do wieżowca Rand Enterprises. Samą firmę prowadzą obecnie Joy i Ward Meachum, dzieci drugiego współzałożyciela, których Danny znał z dzieciństwa. W takiej mniej więcej sytuacji poznajemy naszego głównego bohatera. Jak sami widzicie, historia niczego nie urywa, a nawet ma się wrażenie, że gdzieś już to było i to nie raz. Do tego dochodzi jeszcze oczywiście serialowy złol, który tym razem występuje nawet w kilku postaciach. Po pierwsze, wraca do gry organizacja znana już Daredevila, czyli niejaka „Ręka” („The Hand”) a wraz z nią madame Gao. Do tego dochodzi Harold Meachum, który upozorował swoją śmierć i knuje z ukrycia przy pomocy swojego syna Warda. W końcu mamy następcę madame Gao, który ma swoje zamiary co do Iron Fista. Na pozór wydawałoby się, że jest ciekawie, sporo się dzieje, brzmi dobrze. Jednak w praktyce się to niestety nie sprawdziło. Uwaga widza została rozdrobniona na wiele postaci i to w dodatku raczej miałkich. Zawiodła mnie nawet madame Gao, która była jedyną jasnym punktem wśród vilainów w pierwszym sezonie Daredevila. Harold był tak przewidywalny i mało zaskakujący. Sama ręka też raczej nie budziła żadnych emocji, może poza jedną akcją związaną z Coleen Wing. Sama historia mimo zwrotów akcji jakoś mnie kompletnie nie porwała. Motywacje działania Ręki wydawały się jakieś mało przekonywujące, a ciągła zmiana przywództwa i celów organizacji zaciemniły tylko obraz. Harolda jeszcze byłem w stanie zrozumieć, jednak kompletnie nie rozumiem motywu z jego ukrywaną śmiercią i jego mocami. W zasadzie, jego przypadłość ostatecznie nie miała prawie żadnego wpływu na fabułę, a jego porywcze zachowanie można było spokojnie wyjaśnić w lepszy sposób.

Jednak nie tylko postacie po ciemnej stronie mocy są problemem. Sam Danny Rand jest słabo napisany. Razi jego przerysowana infantylność i naiwność. Można by to jeszcze bronić faktem, że ostatnie kilkanaście lat spędził w mistycznym klasztorze K’un-Lun, ale scenarzyści trochę przegięli, a na dodatek są bardzo niekonsekwentni. Jego nieobycie z technologią i, nazwijmy to, światem cywilizowanym, też jest używane w fabule jak co komu pasuje. Raz nie potrafi zamówić pizzy, a raz jeździ mercedesem po piętrowym parkingu jak zawodowy kierowca wyścigowy. Nijako wypada Joy Meachum. Znów, teoretycznie jest dobrze, bo jest ona rozdartą wewnętrznie postacią. Z jednej strony zimnokrwista pani prezes bez żadnych skrupułów, dla której cel uświęca środki. Z drugiej strony, w momentach słabości przebijają się współczucie i wyrzuty sumienia. Niestety na ekranie nie wyszło to tak dobrze, jak można było się spodziewać, a szkoda, bo potencjał był. Lepiej wypada drugie z rodzeństwa czyli Ward, którego uważam z resztą za najciekawszą postać serialu. Przez 13 odcinków widać jego przemianę, rozterki, problemy. Na dodatek wszystko dobrze zagrane. Druga osoba, która była interesująca to wspomniana już Coleen Wing – nauczycielka wschodnich sztuk walki, która prowadzi własne dojo, i na którą przypadkowo natknął się Danny po przybyciu do Nowego Jorku. W jej przypadku szkoda jednak, że zabrakło czasu na rozwinięcie jej wątku związanego z ulicznymi walkami. Scenarzyści szybko i prostolinijnie wyjaśnili jej motywacje, ja natomiast liczyłem na coś bardziej zawiłego. Nie zmienia to jednak faktu, że w zasadzie, gdy tylko tandem Danny-Coleen pojawiał się na ekranie, to właśnie jej postać wydawała się bardziej interesująca i wiarygodna, przez co przesłaniała naszego dzielnego i naiwnego głównego bohatera.

Porównując ciągle do Daredavila, który poziomem ciężkości chyba najlepiej pasuje, jest tutaj problem ze scenami walki. Po cudownych sekwencjach, którymi stał bohater z Hell’s Kitchen, tutaj liczyłem na podobny poziom. Niestety jest kompletnie inaczej. Sekwencje walk są słabe, często widać wręcz markowanie ciosów [sic!], co w tej klasie produkcji nie powinno się zdarzać. Do tego wieje zwyczajnie nudą. Brak tutaj kunsztu i polotu. A to przecież tutaj leżał potencjał „Iron Fista”. Daredevilowi byłem wstanie wiele wybaczyć właśnie dlatego, że raczył mnie rewelacyjnymi choreografiami na dodatek świetnie zrealizowanymi. Szkoda, naprawdę szkoda. Pozostając przy porównaniu z Daredevilem, to opowieść o Dannym przegrywa również na czołówki i muzykę. Opening jest dla mnie nijaki i w ogóle mi nie utknął w pamięci, natomiast animacja czołówki jakoś nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. Lepiej natomiast jest jeśli chodzi o dialogi. W „Daredevilu” prawdopodobnie generował je jakiś program lub grupa przedszkolaków, w „Iron Fiscie” natomiast jest w tej mierze o wiele lepiej.

Jak zapewne się się już domyślacie, trochę się „Iron Fistem” zawiodłem. Jest to zdecydowanie najsłabszy z czterech seriali z universum Marvela produkowanych przez Netflixa. Zabrakło tutaj w zasadzie wszystkiego. Największe pretensje mam jednak do przedstawienia scen walki, na które liczyłem i rozumieją się tutaj same przez się. Przeciętna fabuła i nijakie postacie nie były w stanie przesłonić tego braku. Na dodatek kompletnie nie sprawdził się sam Iron Fist jako postać, która porywa ze sobą widza. Coś złego musi się dziać, gdy drugoplanowa postać bardziej mnie interesuje niż główny bohater i to nie dlatego, że jest nią urodziwa, przyciągająca wzrok kobieta. Serial nie jest wprawdzie zły, jednak brakuje tej produkcji jakichkolwiek mocnych atutów. Wszystko jest przeciętne, a w najlepszych momentach po prostu poprawne. Liczyłem na dużo więcej. Dlatego moja końcowa ocena pierwszego sezonu to 6/10. Na pewno warto obejrzeć chociażby ze względu na zbliżających się „The Defenders”, których jestem bardzo ciekawy i liczę, że w czwórkę nasi bohaterowie wepną się na wyżyny i dostaniemy najlepszy serial w marvelowskim uniwersum.