Star Trek TOS: The Squire of Gothos ? recenzja (odcinek 1×18)

Przed nami niesamowicie ciekawy odcinek i dodam, że jeden z moich ulubionych. Mamy tu do czynienia z częstym motywem w TOSie, czyli nasza dzielna załoga spotyka nadludzką istotę, która bawi się nimi a Ziemianie muszą wykorzystać cały swój spryt żeby się od niego uwolnić. Podobny zabieg widzieliśmy chociażby w odcinku „Charlie X”. Co w takim razie wyróżnia ten odcinek? Jest to postać niejakiego Trelane’a. Jest on tak świetnie zagrany, że od razu wierzymy, że tym razem załoga Kirka wpadła w nieliche kłopoty. Co więcej, w przeciwieństwie do „Charlie X”, mamy tu obcego, zafascynowanego naszą rasą i chcącego (na siłę) nas poznać i poczuć to co my. Dodatkowo, scenarzyści postarali się o parę smaczków. W rezydencji Trelane’a widzimy figurę przestawiającą potwora znanego nam z „Man Trap” oraz stwora obecnego w odcinku „The Cage”. Osobiście uwielbiam takie rzeczy, bo niesamowicie tworzy to ten nasz startrekowy świat. Trzeba tu też wspomnieć, że sam Trelane i jego zachowanie jest bardzo podobne do pewnego antagonisty, którego poznamy dopiero w następnym serialu (The Next Generation) czyli słynnego Q (twórcy niestety zdementowali jakoby Trelane był tej samej rasy, a szkoda…). Natomiast odtwórca roli Q (John de Lancie) otwarcie przyznaje, że inspirował się naszym radosnym antagonista z tego odcinka. Co prawda można mieć mały zarzut do końcówki tego epizodu, czyli wyjaśnienie, że Trelane tak naprawdę był tylko dzieckiem wszechmocnej rasy, ale pamiętajmy o jednym – TOSa kręcono w latach 60. i jak na tamte standardy ten odcinek jest naprawdę dobry. Polecam.