Star Trek TOS: Shore Leave ? recenzja (odcinek 1×17)

Bardzo słaby odcinek. Niestety tym razem nie mam nic na jego obronę, może poza kwestią urlopową i genialnym fortelem, aby również Kirka wysłać na odpoczynek. Skąd tak surowa ocena? No cóż, zacznijmy od tego, że załoga zamierza odpocząć na bezludnej planecie. Jednak jak się okazuję, tak naprawdę jest to planeta wypoczynkowa pewnej bardzo wysoko rozwiniętej rasy (nie poznamy nawet jej nazwy) i wszystko co ludzie sobie wymarzą, staje się rzeczywistością. Pomijam już kwestię tak prostą jak jakiś nadzorca tego parku rozrywki (pojawia się co prawda opiekun tego przybytku na końcu, ale zważywszy na to co oglądał to mógłby zareagować wcześniej). Bardziej zabolał mnie takie „pójście na łatwiznę” scenarzystów i wrzucenie tutaj motywu królika z Alicji w krainie czarów czy ubranie kancelistki w sukienkę księżniczki. Tak moi drodzy, jak dla mnie to fantasy na całego. Trochę ciekawsze wydają się fantazje Kirka, które pozwalają nam trochę lepiej go poznać (widzimy jego miłość, dowiadujemy się, że był gnębiony w Akademii). Trochę wyszło to komicznie zwłaszcza motyw Finnigana, czyli dręczyciela naszego kapitana. Podejrzewam, że gdyby ktoś się tak zachowywał to wyleciałby z Akademii po badaniach psychologicznych. Scenarzyści pokusili się nawet o śmierć doktora McCoya, która oczywiście była też udawana. A najbardziej rozbił mnie fakt wytłumaczenia wszystkich tych dziwnych rzeczy. Chcecie wiedzieć jak? Bo tak. Dosłownie, scenarzyści nawet nie próbują nam tłumaczyć jak to się dzieje, gdyż nasza rasa jeszcze tego nie zrozumie. Prawda, że leniwe wytłumaczenie? Niestety tego odcinka nie polecam.