„Life” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

Na wiosnę AD 2017 sypnęło w kinach ciekawymi kosmicznymi produkcjami, dlatego postanowiliśmy niezależnie od naszych comiesięcznych spotkań dodatkowo wybrać się na „Life”. Zapowiadało się ciekawie i „alienowo”, a co z tego wyszło można przeczytać w naszych recenzjach.

Recenzja według Śmiecha

Powiem wprost: jakoś ominęły mnie zwiastuny i gdyby nie nieocenieni koledzy, to kompletnie przeoczyłbym ten film. Miało to swoją zaletę: idąc do kina kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać i mogłem go obejrzeć bez absolutnie jakichkolwiek uprzedzeń.

Zaczęło się fajnie. Pierwsza scena to coś, co zawsze mi się podobało w filmach: długie, kilkuminutowe ujęcie bez żadnych cięć. Majestatyczny ISS krążący nad Ziemią, Ryan Reynolds wbijający się w strój do kosmicznych spacerów, załoga zajęta typową pracą naukową, itd. Czad! Dowiadujemy się, że do Ziemi zbliża się sonda z próbką marsjańskiej gleby i załoga ISS ma ją przechwycić. Tak więc Reynolds za pomocą chwytaka łapie pędzący próbnik…


…i to był ten moment, w którym twórcy pokazali, co to będzie za film. Operacja łapania zakończyła się sukcesem i bohaterowie na ekranie zaczęli się cieszyć, ale kompletnie olano wtedy realia fizyki. Pędząca sonda powinna w momencie złapania przekazać swoją energię stacji kosmicznej – innymi słowy stacja powinna zacząć się obracać, a tu nic. Na Ziemi to nie problem: gdy łapiecie piłkę zapieracie się nogami o podłoże, ale w kosmosie to się nie uda. Nie ma o co się zaprzeć, więc zderzające i „łapiące” się obiekty powinny zachowywać się jak kule bilardowe albo jak rozkręcane pod wpływem popchnięć koło. A wystarczyło, żeby którąkolwiek z postaci posadzić przy konsoli i kazać jej wspomnieć coś o odrzucie lub czymś podobnym, a byłbym zadowolony. Tymczasem twórcom nie chciało się dokonać nawet tak małego wysiłku.

Było wiadomo, że scenariusz będzie sprawą nadrzędną i wszelkie zachowania postaci, prawa fizyki i tak dalej – to wszystko będzie podporządkowane fabule. Nawet, jeśli nie miałoby to sensu.

Film ma wyraźne dwie części. Pierwsza skupia się na badaniu przechwyconej próbki oraz odnalezionej tam komórce pochodzenia marsjańskiego i mogłaby być na prawdę interesująca. No wiecie… Zabawa w Boga, zderzenie nauki z przekonaniem o wyjątkowości gatunku ludzkiego, dylematy o życiu, wszechświecie i tak dalej. Trochę się tego spodziewałem, ale niestety tego było mało, a w dodatku toporne.

Badając marsjańską komórkę bohaterowie ją „ożywiają”, ale rodzi to sporo pytań, na które film nie daje odpowiedzi. Dlaczego w ogóle naukowcy ją ożywiają? Czy od początku na tym miała polegać misja? Co chcieli osiągnąć? Czy spodziewali się sukcesu? Niestety widać tutaj wyraźnie, że po prostu scenariusz wymagał ożywienia „marsjanina”, więc bohaterowie to bezsensownie zrobili… W dodatku film zmienia wtedy swój klimat, by z czegoś choć trochę naukowo-podobnego zamienić się w zwykły horror. W dodatku przewidywalny jak cholera i czerpiący garściami z innych produkcji (rozwiązania „Aliena” widać tu co chwilę).

Ożywiony marsjanin jest wyjątkowo paskudny, inteligentny i krwiożerczy. W typowo horrorowym stylu wybija załogę stacji jeden po drugim. Robi rzeczy, których za cholerę nie powinien wiedzieć. Przykład: jeden z załogantów był sparaliżowany od pasa w dół. Co robi stwór, kiedy załoga zamyka się w szczelnym pomieszczeniu, żeby się od niego odgrodzić? Włazi pod spodnie sparaliżowanego i przemyca się przyczepiony do nóg człowieka, który wcale go nie czuje. Dlaczego nie zaatakował ludzi, skoro wcześniej rzucał się na nich przy każdej okazji? I co najdziwniejsze: skąd wiedział, że akurat ten bohater ma sparaliżowane nogi? Scenariusz w żaden sposób nie sugeruje, by marsjanin miał wcześniej taką wiedzę!

Żeby była jasność: film – jako horror – ma swój klimat. Przyznaję, że w ciemnym kinie, z odpowiednią muzyką w tle, kadrowaniem, oświetleniem postaci i tak dalej w kilku momentach poczułem gęsią skórkę. Ale nie zmienia to faktu, że bohaterowie to idioci, marsjanin to über-glut (gdyby miał oczy, to pewnie strzelałby z nich laserami), a najważniejszą motywacją bohaterów jest „robić wszystko tak, żeby doprowadzić do zaplanowanego przez scenarzystów finału”.

Na moją ocenę wpływa prawdopodobnie fakt, że nie przepadam za horrorami. Doceniam „Aliena” za innowacyjność, ale akurat filmowi „Life” bliżej jest do kina klasy B. To nie jest film science-fiction. To tylko horror w realiach stacji kosmicznej.

 

Recenzja według Mavis`a

Na film zostałem skuszony przez  Zwiastun, w którym były piękne widoki kosmosu oraz zapowiedź ciekawego pojedynku o przetrwanie między załogą ISS, a pozaziemską formą życia. Film został oznaczony jako thriller science-ficion, dlatego byłem podekscytowany wchodząc do sali kinowej… Niestety słowo „byłem” jest słowem kluczowym…

Zresztą to samo można powiedzieć o aspekcie fantastycznonaukowym… Otóż z fantastyką ma tyle do czynienia, że występuje obca forma życia (a konkretnie marsjańska). Natomiast co do nauki… hmm… Znalazłem 3 poprawne elementy:

  • długość najdłuższego przebywania w kosmosie: w filmie 473 dni, w rzeczywistości 437,7 dnia.
  • możliwość utonięcia w skafandrze kosmicznym – przypadek Luci Parmitano z EVA-23,
  • toaleta kosmiczna (która potem nie została wykorzystana w walce z obcym). 🙁

Poza tymi przykładami w filmie widać, iż nie było żadnego konsultanta (albo choćby laika), który wytknął by wszystkie żenujące głupoty tego filmu. Część naukową rozłożyły na łopatki:

a) mechanika orbitalna ( a w zasadzie jej brak):

  • Śmiecho już wcześniej pisał o motywie łapania sondy przez ISS, ale ze swojej strony dodam, iż tak szybki ruch ramienia robotycznego jest w stanie wprowadzić całą stację w ruch. Dlatego obecnie cumowanie kapsuł Dragon i Cygnus za pomocą ramienia Canadarm trwa parę godzin.
  • odpalanie pojedynczych silników – normalnie wprawiło by w ruch obrotowy cały kompleks,
  • odpalenie silników znajdujących się u spodu ISS w celu podniesienia orbity – powinni uruchomić te znajdujące się z tyłu, ponieważ tylko przez zwiększenie prędkości można przenieść się na wyższą orbitę,
  • zmiana trajektorii przez statek Soyuz – nie dość, że statek nie posiada wystarczającej ilości paliwa do wystrzelenia ISS w kosmos, to w ostatnich paru sekundach odrywa się i zaczyna koziołkować, więc nie jest w stanie skierować kompleksu z powrotem ku atmosferę Ziemi – czyli znowu zasada zachowania prędkości w próżni…

Podsumowując: siedmiolatek, który gra w „Kerbal Space Program” jest przy scenarzystach ekspertem w tej dziedzinie.

W chwili przerwy dodam jeszcze, iż sama ISS wygląda imponująco… a raczej kolejne jej wcielenie, ponieważ wszystkie widziane moduły są rozdmuchanymi bliźniakami pierwowzoru. Na moje oko stacja jest dwa do trzech razy większa od obecnej Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Przez moment nawet dokonałem kalkulacji. Założyłem że: A. budowa zajęła tyle samo czasu co pierwowzór – czyli ok 20 lat; B – moduł Copula ma ok 10m średnicy… No właśnie, obecnie nie ma rakiety nośnej, aby wynieść taki gabaryt. Do tego byłaby potrzeba ciężka wersja SLS lub Falcon X – obie rakiety są w planach i raczej przed 2032 rokiem nie wystartują ( czyli przynajmniej 15 lat) . Tak więc A + B = 2052 rok, w tym roku akcja filmu mogła by realnie się dziać. Ok, wracajmy do głupot filmu:

b) Liczebność załogi – w filmie 6 osób (a może było ich siedmioro – nie pamiętam) – co jest stratą miejsca i funduszy. Obecna ISS może pomieścić 12 osób, a co dopiero kompleks orbitalny 2-3 razy większy…

c) brak łączności z Ziemią… Tu po prostu głowa wybucha. Po zniszczeniu jednej anteny następuje brak łączności… W rzeczywistości ISS ma praktycznie wszystkie formy komunikacyjne – w tym możliwość połączenia się na długich falach – a najważniejsze systemy komunikacyjne są zdublowane. Są też te w kapsułach, nie wspominając już o takim wynalazku jak „NASA live stream”.

d) Meldunki na Ziemie co 20 minut (takie miałem wrażenie) – w rzeczywistość astronauci mają kontakt w czasie rzeczywistym.

e) ogień, a raczej miotacz płomieni w ciasnych zamkniętych pomieszczeniach wypełnionych tlenem – bez komentarza.

f) złamane kończyny opadające w dół – w stanie nieważkości normalne jest przecież, że każdy przedmiot opada na podłogę… prawda?

g) gdy stworek dostaję się do dysz rakietowych ma poprzez nie dostęp do wewnętrznych układów stacji. W filmie dysze manewrowe umieszczone są w różnych częściach kompleksu, a co za tym idzie: powinny być połączone przewodami paliwowymi, które idą po zewnętrznej stronie modułów. W ten sposób byłyby narażone na zamarznięcie i uszkodzenia mikrometeorytów. W rzeczywistość jedynie moduły rosyjskie Zwiezda i Zaria posiadają zbiorniki paliwa oraz system kontroli położenia stacji. I co najważniejsze przewody paliwowe nie łączą się z innymi rurami stacji.

h) kapsuły ratunkowe. W filmie występują dwie sztuki, każda jednoosobowa (umiejscowione gdzieś na odległym ramieniu stacji) – w rzeczywistości tą funkcję sprawują statki Soyuz, które są 3 osobowe. Naprawdę nie ma ekonomicznej podstawy, aby budować mniejsze kapsuły, a na ujęciach widać, że są one sporych rozmiarów – na moje oko większe od Soyuza.

i) a propos rozmiarów: kapsuła z próbkami… No nie wiem. Oni chyba z pięć ton gleby z Marsa przywozili. Kapsuła powrotna sondy Hayabusa miała 40cm średnicy i ważyła 20 kg.

j) wykonywanie procedur. Po pierwsze  „wyciek ” przy akwarium ze stworkiem przez niedopełnienie procedur. Naprawdę? W rzeczywistości każda procedura jest wyuczona, bądź posiada listę zadań do odhaczania. Dotyczy to nawet spożywania posiłków, a co dopiero w tak newralgicznej sytuacji, jak badanie obcej formy życia! Drugim przypadkiem był motyw z otwieraniem śluzy. Głównodowodzący zarządza: „nie otwierać śluzy”, a po chwili słyszymy głosy i próby otwarcia jej. Następnie otworzenie (dalszy ciąg akcji) i znowu ta sama sytuacja się powtarza, a mi się już zaczęło odechciewać dalszego oglądania.

k) użycie Soyuza do wystrzelenia ISS w kosmos. Tak, to wspaniały pomysł użyć załogowego pojazdu do tego celu. Jakby nie mieli Protonów, które obecnie są wykorzystywane do podnoszenia orbity i dostarczania paliwa.

Przepraszam za wiwisekcję, ale po filmie Sci-Fi, nie spodziewałem się takiej ilości nie naukowych przypadków. Chyba Armagedon nie miał tylu głupot co ten obraz.

Może napiszę jeszcze coś pozytywnego… Film… eeeee… nooo… Bohaterowie mnie nie porwali, w ogóle po seansie nie umiem wymienić żadnego imienia. Dla mnie niczym szczególnym się nie wyróżnili.

Hmm, to może akcja. O tak, były momenty, gdzie coś zaczynało się dziać, czy to spacer kosmiczny, czy gonitwa po ISS. Ale w pewnym momencie miałem wrażenie, że scenarzyści nie wiedzieli co zrobić i następowały długie pouczające, pokrzepiające dialogi. Po czym nagle wkraczała akcja, i tak w kółko. Zresztą wszystko działo się na zasadzie „fajnie by było gdyby tu użyć takiego motywu, a tu takiego”.  I tak o to – jak w thrillerach bywa – zrobiło się ciemno i zimno na ISS, gdzie największy problem jest z odprowadzaniem ciepła. Ach… I tak przez cały film.

Tak naprawdę jedyną dobrą rzeczą jest Obcy (nie wiem czy „Ten”, czy „Ta”, nie było to określone, a nadanie imienia Calvin było dla mnie śmieszne). Sam fakt, że jedna komórka jest zarazem receptorem, mięśniem itp. był dla mnie czymś unikalnym i rodził wiele możliwości. Aż do momentu, gdy stworek „uzyskał” głowę.  Kształt formy życia jest interesujący i to jest największym atutem filmu. Niestety widzę wiele niewykorzystanych motywów. Na początku obcy posługuję się narzędziem, niestety w późniejszym etapie nie widzimy, aby posługiwał się jakimś prętem do przebijania skafandrów kosmicznych, szyb, czy wyważania drzwi. Drugim motywem, jest fakt, że stworek nie rozmnożył się. Dziwne prawda? Twórcy mogliby pozwolić na zabicie pierwszego egzemplarza, aby przekonać się, że to nie koniec. Hmm… Teraz to jest motyw z filmu „Coś”, ale uważam, że ten zabieg byłby bardziej interesujący.

Podsumowując:  po przemęczeniu się przez film (czułem się jak na Łotrze Jeden – tyle głupot i niedociągnięć), oceniam go na SŁABY.  -3/10

Recenzja według Wookiego

Mam to szczęście pisania jako trzeci, więc koledzy mocno mnie wyręczyli ze znęcania się nad niedociągnięciami „LIFE’a”. Z większościom z zarzutów trudno się nie zgodzić. W prawdzie Mavis jak zwykle trochę za bardzo wczuł się w rolę prokuratora i na niektóre niedociągnięcia można jeszcze przymknąć oko ze względu na konwencję, bo będąc aż tak dokładnym, to nie wyprodukowano jeszcze żadnego filmu science-fiction, który przez takie ostre sito by się przedostał. Jednak w przypadku „LIFE” niestety aż taki wąski filtr nie był potrzebny. Dodam tylko, że oficjalnie ogłaszam, że w kinie sci-fi nastała era ignorowania zasady zachowania pędu – to jest kolejny z rzędu film który ma głęboko w poważaniu to podstawowe prawo fizyki.

Scenariusz ewidentnie był bardzo słabą stroną filmu i w zasadzie przyczyną takiego średniego efektu końcowego. Widać, że scenarzyści (nomen omen twórcy skryptu do Deadpoola) mięli jakiś pomysł, ale kompletnie nie dopracowali szczegółów i szli na łatwiznę. Na ekranie ewidentnie widać, że coś musi się wydarzyć, po prostu bo tak, żeby osiągnąć kolejny ważny punkt w scenariuszu. Nie ważne, że ma to mały sens, albo traci na wiarygodności. Dobrym przykładem jest wykorzystanie sparaliżowanego członka załogi, czy też użycie miotacza ognia (sic!) na stacji. Przez szmatławy skrypt tracą również aktorzy, o których rolach w zasadzie nic powiedzieć nie można. Za dużo nie grali, bo też grać nie było co, a ckliwa scena pod koniec filmu, kiedy dwójka trzęsących się z zimna załogantów czyta sobie książeczkę dla dzieci jest wręcz żenująca. Tutaj podejrzewam, że reżyser sobie tę sekwencję wymyślił, a pasuje ona do całego filmu, jak się pewnie domyślacie,  jak pięść do nosa. Problem w tym, że potencjał był, bo sam szkielet historii jest całkiem interesujący. Co więcej, konwencja alienopodobnego filmu bardzo mi odpowiada. Ba, nawet mieliśmy jawne sceny mocno inspirowane Alienem – kapsuły, wspólny posiłek i tak dalej. Problem w tym, że potencjał został zmarnowany bylejakością, do jakiej scenarzyści się dopuścili.

Pod względem wizualnym nie mogę się przyczepić do niczego. Efekty specjalne dawały radę, a jak już moi przedmówcy wspomnieli, widok stacji był naprawdę piękny. Muzyka również była mocną stroną filmu. Spełniała swoje zadanie, a jak wiadomo w produkcjach, które mają straszyć jest to bardzo istotne, aby ścieżka dźwiękowa nie przeszkadzała, ale też mocno budowała napięcie. Jeśli chodzi o sam wygląd obcego, to mi osobiście nie przeszkadzał – był jaki był, przyjąłem go do wiadomości, pewnie będą osoby, którym nie przypadnie od gustu, a niektórym będzie się podobał. Najgorsze jest to, że prawdopodobnie nikt go tak naprawdę nie zapamięta, bo nie ma takiej charyzmy co Xenomorf lub Predator.

„LIFE” to niestety całkowity przeciętniak. Ma w sobie wszelkie błędy aktualnie wychodzących średniaków, czyli przede wszystkim słaby scenariusz, którego znane nazwiska na liście płac i dobre efekty specjalne nie podciągną. Do tego szczypta bardzo przeciętnego reżysera i mamy takiego właśnie szaraczka, który nie ma się czym wyróżnić, kuleje i w zasadzie nikt by nie żałował, gdyby go nie było. To kolejny po „Kongu” film, o którym prawdopodobnie zapomnę za kilka miesięcy. Nic nie wnosi – brak jakiejkolwiek głębszej myśli, zaskoczeń, rewolucyjnego skryptu, czegokolwiek co wyróżniłoby go w gąszczu kina rozrywkowego i na dodatek w kinach pojawił się w tym samym roku, co nowy „Obcy” od mistrza Ridleya Scotta. Ostatecznie oceniam „LIFE” na 5/10 – jak na średniaka przystało. Tak, miał sporo głupot, ale dla mnie akurat w przypadku takiej konwencji klasycznego horroru Sci-fi wiele wybacza. Problem, w tym, że ta forma mocno ewoluowała przez ostatnie lata, a ten film wyraźnie utknął w latach 80-tych, dlatego nigdy nie miał szans na lepszą ocenę.