Star Trek TOS: Tomorrow is Yesterday – recenzja (odcinek 1×21)

No i trafił nam się kolejny nudny odcinek serialu TOS. On nie jest zły, głupi czy dziwny. Niestety, on jest po prostu nijaki. Fabuła opowiada o przypadkowej podróży Enterprise w przeszłość, wprost do lat 60. Tam wykryty przez ówczesne lotnictwo niszczy samolot ratując w ostatniej chwili pilota. Tutaj zaczyna się główny problem, czyli jak odesłać pilota i nie zmieniać historii. To dałoby nam mega interesujący epizod, jednak scenarzyści nie stanęli na wysokości zadania. W tzw. międzyczasie Kirk i Sulu włamują się do tajnej bazy, kapitan zostaje złapany, potem uratowany i tak dalej. Bardzo chciałbym wam powiedzieć, że jest to wszystko ciekawe i ogląda się ten odcinek z wypiekami na twarzy. Nie będę was jednak oszukiwał, tak jak wspomniałem wcześniej, jest nudno i byle jako. Co prawda, fajna jest reakcja pilota, na widok skąpo ubranych dziewcząt na pokładzie Enterprise, co pokazuje stosunek do płci pięknej w latach 60. Zresztą mam podejrzenie, że gdyby odcinek poszedł tropem reakcji pilota na statek kosmiczny (tak jakby zareagował widz) epizod byłby o wiele ciekawszy. Wyobraźmy sobie jego zdziwienie na widok mieszanej załogi (tak narodowo jak i rasowo). Tutaj co prawda był zdziwiony na widok Spocka, natomiast brak reakcji na Uhure czy Sulu. No ale nie ma co narzekać, mamy to, co widać. Jako ciekawostkę, warto zauważyć, że na tym etapie produkcji Enterprise był statkiem Zjednoczonej Ziemii. No cóż nie od razu Federację zbudowano. Zasadniczo nie polecam.

Iron Fist – sezon 1, recenzja

Przyznam, że po tym co Netflix w tandemie z Marvelem nam do tej pory serwowali, czekałem na „Iron Fista” z zadziwiającą niecierpliwością. Nie raz podkreślałem, że wszelakie produkcje komiksowe są mi raczej obojętne, jednak po tym co zobaczyłem w „Jessice Jones”, „Luke’u Cage’u” i „Daredevilu” kolejny bohater, tym razem mocno osadzony w dalekowschodniej kulturze zapowiadał się naprawdę dobrze. Biorąc pod uwagę jak doskonale były nakręcone sceny walki „Diabła z Hell’s Kitchen”, to kung-fu w wydaniu Żelaznej Pięści musiało zapowiadać się rewelacyjnie. Czy faktycznie serial spełnił moje oczekiwania? O tym za chwilę.

dalej „Iron Fist – sezon 1, recenzja”

Gwiazda Śmierci – recenzja książki

Wreszcie książka z perspektywy „tych złych”. Poznajemy tu historię budowy niszczycielskiej maszyny oraz poznajemy ludzi, którzy na niej żyją i pracują. Wszystko niby fajnie, ale czy obyło się bez zgrzytów? No cóż powiem tak: pełno tu wyrazistych nowych postaci, ciekawe nawiązanie do poprzednich książek. Od czasu do czasu pojawia się Tarkin czy Vader – ot takie beztroskie życie na stacji bojowej Imperium. To co mi odrobinę, ale tylko odrobinę przeszkadzało to fakt, że znamienita większość nowych bohaterów to osoby czułe na Moc. Trochę irytujące, gdy czytasz książkę o Imperium, a tu co drugi bohater ma wpływ na rzeczywistość przy pomocy tajemnej siły. Zwłaszcza, gdy stację odwiedza jego wysokość Vader i nic nie robi z faktem, że na miejscu ma kilka skupisk mocy. Skoro już jesteśmy przy naszym ulubionym czarnym charakterze, to rzeczywiście miło się czyta jego słowne potyczki z Tarkinem a i sama książka rzuca nieco światła na ich relacje. Z plusów wymienię jeszcze wydarzenia z Nowej Nadziei pokazane z innej perspektywy. Natomiast to co mi się nie spodobało to sama końcówka. Niestety bohaterowie musieli zwątpić w Imperium i zaplanować ucieczkę. Jakież by to było piękne, gdyby zostali i zginęli na stacji. Jak inaczej wtedy oglądałoby się Nową Nadzieję. Niestety twórcom zabrakło odwagi. Mimo to polecam te opowieść.

Star Trek TOS: The Alternative Factor – recenzja (odcinek 1×20)

Tym razem trafił nam się niesamowicie nudny i nieciekawy odcinek. Wszystko skupia się wokół jednej planety, a dokładnie jednego osobnika, który podróżuje pomiędzy wymiarami, a sam pochodzi ze świata antymaterii, co grozi dla nas całkowitą katastrofą. Chciałbym wam powiedzieć, że to emocjonujący i wciągający odcinek. Niestety ciężko tu znaleźć jakieś pozytywy. A powiem szczerze: chciałbym. Scenarzyści jednak się w ogóle nie postarali, nawet zagadka zawarta w tej historii jest nieciekawa, nudna i kompletnie nas nie interesuje. To nawet nie jest odcinek zły, na którym można by się powyżywać czy go czepiać. Tutaj jest po prostu nudno i dlatego wybaczcie proszę tak krótki (nawet jak na mnie) 😉 wpis.

Star Trek TOS: Arena – recenzja (odcinek 1×19)

Tak, oto doszliśmy do jednego z najsłynniejszych odcinków Star Treka. Podczas pościgu za wrogiem Enterprise napotyka na potężną rasę (jak zazwyczaj) Metronów którzy porywają kapitana Kirka, kapitana wrogiego okrętu i każą im stoczyć pojedynek na śmierć i życie. Wygrany uratuje swoją załogę, przegrany zaś zostanie zniszczony. Tajemniczym wrogiem okazuję się Gorn, czyli gadopodobna rasa. Odcinek ten jest słynny właśnie ze względu na tę rasę która mimo, że już jej nie zobaczymy zdobyła mnóstwo sympatyków (nawet wśród załogantów P.I.F.K.A.). Jednak słynniejsza jest bitwa pomiędzy Kirkiem a Gornem. Trwająca prawie 20 minut batalia jest klasycznym przykładem jak nie należy tego robić. Powolne ruchy Gorna i wielkie wysiłki Kirka szybko stały się obiektem żartów i parodii. Co więcej aby ostatecznie wygrać pojedynek Kirk konstruuje rakietę która wzbudziła zainteresowanie nawet słynnych pogromców mitów. Czy to oznacza, że odcinek jest zły i nie wart obejrzenia? No cóż, jest to epizod słaby. Mimo to moim skromnym zdaniem każdy szanujący się fan sci -fi (nie tylko Star Treka) powinien go obejrzeć. Dlaczego? Chociażby po to, żeby dowiedzieć się z czego żartuje Futurama, South Park czy Simpsonowie. Po za tym warto zobaczyć jak to się robiło w latach 60. Zasadniczo polecam ,mimo, że musicie się przygotować na niekontrolowane wybuchy śmiechu.

„Ghost In The Shell” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

„Ghost In The Shell” to w sumie klasyk anime. Cyberpunkowy, ciężki klimat animacji z 1995 roku był wówczas czymś niezwykłym i zapadającym w pamięć. Teraz – ponad 20 lat później – mamy okazję zobaczyć próbę zmierzenia się z oryginałem, a ponieważ PIFKO takich okazji nie przepuszcza, więc poniżej możecie przeczytać nasze reakcje z seansu.

dalej „„Ghost In The Shell” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.”

Star Trek TOS: The Squire of Gothos – recenzja (odcinek 1×18)

Przed nami niesamowicie ciekawy odcinek i dodam, że jeden z moich ulubionych. Mamy tu do czynienia z częstym motywem w TOSie, czyli nasza dzielna załoga spotyka nadludzką istotę, która bawi się nimi a Ziemianie muszą wykorzystać cały swój spryt żeby się od niego uwolnić. Podobny zabieg widzieliśmy chociażby w odcinku „Charlie X”. Co w takim razie wyróżnia ten odcinek? Jest to postać niejakiego Trelane’a. Jest on tak świetnie zagrany, że od razu wierzymy, że tym razem załoga Kirka wpadła w nieliche kłopoty. Co więcej, w przeciwieństwie do „Charlie X”, mamy tu obcego, zafascynowanego naszą rasą i chcącego (na siłę) nas poznać i poczuć to co my. Dodatkowo, scenarzyści postarali się o parę smaczków. W rezydencji Trelane’a widzimy figurę przestawiającą potwora znanego nam z „Man Trap” oraz stwora obecnego w odcinku „The Cage”. Osobiście uwielbiam takie rzeczy, bo niesamowicie tworzy to ten nasz startrekowy świat. Trzeba tu też wspomnieć, że sam Trelane i jego zachowanie jest bardzo podobne do pewnego antagonisty, którego poznamy dopiero w następnym serialu (The Next Generation) czyli słynnego Q (twórcy niestety zdementowali jakoby Trelane był tej samej rasy, a szkoda…). Natomiast odtwórca roli Q (John de Lancie) otwarcie przyznaje, że inspirował się naszym radosnym antagonista z tego odcinka. Co prawda można mieć mały zarzut do końcówki tego epizodu, czyli wyjaśnienie, że Trelane tak naprawdę był tylko dzieckiem wszechmocnej rasy, ale pamiętajmy o jednym – TOSa kręcono w latach 60. i jak na tamte standardy ten odcinek jest naprawdę dobry. Polecam.

Star Trek TOS: Shore Leave – recenzja (odcinek 1×17)

Bardzo słaby odcinek. Niestety tym razem nie mam nic na jego obronę, może poza kwestią urlopową i genialnym fortelem, aby również Kirka wysłać na odpoczynek. Skąd tak surowa ocena? No cóż, zacznijmy od tego, że załoga zamierza odpocząć na bezludnej planecie. Jednak jak się okazuję, tak naprawdę jest to planeta wypoczynkowa pewnej bardzo wysoko rozwiniętej rasy (nie poznamy nawet jej nazwy) i wszystko co ludzie sobie wymarzą, staje się rzeczywistością. Pomijam już kwestię tak prostą jak jakiś nadzorca tego parku rozrywki (pojawia się co prawda opiekun tego przybytku na końcu, ale zważywszy na to co oglądał to mógłby zareagować wcześniej). Bardziej zabolał mnie takie „pójście na łatwiznę” scenarzystów i wrzucenie tutaj motywu królika z Alicji w krainie czarów czy ubranie kancelistki w sukienkę księżniczki. Tak moi drodzy, jak dla mnie to fantasy na całego. Trochę ciekawsze wydają się fantazje Kirka, które pozwalają nam trochę lepiej go poznać (widzimy jego miłość, dowiadujemy się, że był gnębiony w Akademii). Trochę wyszło to komicznie zwłaszcza motyw Finnigana, czyli dręczyciela naszego kapitana. Podejrzewam, że gdyby ktoś się tak zachowywał to wyleciałby z Akademii po badaniach psychologicznych. Scenarzyści pokusili się nawet o śmierć doktora McCoya, która oczywiście była też udawana. A najbardziej rozbił mnie fakt wytłumaczenia wszystkich tych dziwnych rzeczy. Chcecie wiedzieć jak? Bo tak. Dosłownie, scenarzyści nawet nie próbują nam tłumaczyć jak to się dzieje, gdyż nasza rasa jeszcze tego nie zrozumie. Prawda, że leniwe wytłumaczenie? Niestety tego odcinka nie polecam.

Star Trek TOS: The Menagerie Part I, Part II – recenzja (odcinek 1×15,1×16)

Tym razem scenarzyści TOSa zaszaleli, w efekcie czego otrzymaliśmy jedne z najlepszych jeśli nie najlepszy, odcinek serialu. Przede wszystkim widzimy tu Spocka, który postanawia złamać prawo dla swojego byłego kapitana (Pike) i robi to w genialny sposób, manipulując faktami jak i samym kapitanem Kirkiem. Jest to o tyle ciekawe, że wreszcie widzimy jego „ludzką” stronę, mimo, że sam się tego wypiera. Cała akcja dotyczy właśnie kapitana Pike’a, który po wypadku jest sparaliżowany, a Spock postanawia porwać go i zawieźć na planetę Talos IV. Tak moi drodzy, dokładnie tę samą, którą widzieliśmy w niewyemitowanym prologu. Między innymi za to właśnie uwielbiam ten odcinek. Kładzie on pewne podwaliny pod istnienie w miarę spójnego uniwersum. Okazuję się, że Pike był kapitanem Enterprise, a wydarzenia znane z „The Cage” miały rzeczywiście miejsce. Teraz zostały nam przypomniane, co sprawia to, że ten star trekowy świat żyje. Do tego należy dołożyć wciągający scenariusz i mamy naprawdę dobry odcinek. Co prawda trochę dziwne jest anulowanie kary i wypuszczenie Pike’a przez naczelne dowództwo floty, ale myślę, że to akurat jestem im wstanie to wybaczyć. Trzeba też dodać dziwną kapsułę Pike’a i pikanie zamiast mówienia co na stałe wdarło się do kultury masowej i zostało sparodiowane chyba wszędzie, gdzie tylko można. Świetna zabawa przy bardzo ciekawym odcinku pokazującym inną twarz Spocka. Jestem za.