„Kong: Wyspa Czaszki” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

King Kong. Jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci pop-kultury po raz kolejny wzięta na warsztat filmowców. I co z tego wyszło? Przybyliśmy, zobaczyliśmy, opisaliśmy…

Recenzja według Śmiecha

Niedługo po wyjściu z kina zacząłem się zastanawiać, po co zrobiono ten film. Pierwszego Konga z 1933 roku ciężko mi oceniać, bo nie miałem okazji go zobaczyć, ale ten z 1976 z Jessicą Lang i młodym Jeffem Bridgesem odebrałem jako ekologiczną alegorię niszczącego wpływu człowieka na środowisko. Z kolei ten z 2005 roku w reżyserii Petera Jacksona był robiony tylko dlatego, że po ogromnym (również kasowym) sukcesie „Władcy Pierścieni” Jackson mógł sobie pozwolić na wszystko, a że miał akurat zachciankę zrobić „Konga”, więc cóż… Wytwórnia sypnęła dolarami. No a ten najnowszy? Po co on?

Mam wrażenie, że film został zrobiony po to, aby – co ostatnio szalenie modne – móc stworzyć nowe filmowe uniwersum łączące różne filmy i różne postacie w jedną spójną całość. W sumie nie ma tu nic odkrywczego, szalonego, czy jakoś na dłużej zapadającego w pamięć. Wzięto trochę „Parku Jurajskiego”, sporą dawkę „Czasu Apokalipsy”, zmieszano z kilkoma one-linerami i jedną postacią humorem rozładowującą napięcie. To dobra, solidnie zrobiona produkcja, jakby obliczona pod coś, co w zamierzeniu twórców ma się podobać jak największej ilości widzów i uruchomić źródełko z kasą (niczym MCU dla Disneya). Trudno jednak winić Warner Bros (czy też bardziej Legendary Pictures), bo w sumie tak jest świat filmowy poukładany.

Poza tym to nie jest tragiczny film. Jeśli ktoś lubi filmy o potworach, to na pewno wyjdzie usatysfakcjonowany, bo wielka małpa naparzająca kilkuset metrową ośmiornicę albo przerośniętą, zmutowaną jaszczurkę z czaszką na wierzchu może się podobać.

Co innego aktorzy i odtwarzane przez nich postacie. Jestem trochę zawiedziony Tomem Hiddlestonem i Brie Larson. Z trailerów wynikało, że będą odgrywać jakąś bardziej znaczącą rolę, a tu nie dość, że byli dość drewniani, to jeszcze ich postacie średnio się przydawały w scenariuszu. Mam też duże zastrzeżenia do postaci, w którą wcielał się Samuel L. Jackson. Chodzi o wojskowego, który po wycofaniu wojsk z Wietnamu jakoś nie może zrozumieć, że to już na prawdę koniec i może wracać do domu, więc znajduje sobie obiekt zemsty w postaci Konga. Pokrętne i mało przekonujące. John Goodman ma swoje cele, ale sposób ich osiągnięcia woła o pomstę do nieba. Reszta bezimiennych wojaków i naukowców (w tym brat bliźniak Enrique Iglesiasa) to mięso armatnie.

Jedyny jasny punkt na aktorskiej liście płac to John C. Reilly. Lekko szurnięty, z dużym poczuciem humoru na prawdę pasuje do roli żołnierza z II wojny światowej od kilkudziesięciu lat czekającego na wybawienie. Bardzo, bardzo mi się podobał.

Film cierpi na zaniki logiki i naginanie praw fizyki pod potrzeby scenariusza. Kilkutonowy (jak nie więcej) Kong stąpa cichutko, niczym malutki kotek i nikt go nie słyszy. Z wyspy, którą otacza nieprzenikniona ściana chmur, burz i ekstremalnych zjawisk atmosferycznych widać przepiękne zachody słońca. Fryzura Toma Hiddlestona pozostaje nieskazitelna przez cały seans pomimo tych wszystkich przejść i przygód. Przykłady można mnożyć.

Ale to wszystko nie ma większego znaczenia, gdy na ekranie pojawia się Kong, który tutaj przedstawiony jest jako ostatni sprawiedliwy, obrońca wyspy i świata przed diabelskimi stworami nacierającymi z piekielnych otchłani (czy raczej pustej w środku (sic!) Ziemi). Nie ważne, czy jesteś żołnierzem wracającym z Wietnamu, czy kilkusetmetrową wersją stworzonka normalnie nie większego od metra. Jeśli wejdziesz na teren Konga to licz się z tym, że Kong się pojawi, pokaże kto tu rządzi i urządzi przybyszom jesień średniowiecza, przyklepie grób po najeźdźcy, a potem nonszalancko odejdzie nie oglądając się do tyłu. Twórcy nie popełnili błędu z „Godzilli”, gdzie tytułowego monstrum nie było widać przez 90% filmu. Tutaj Kong pojawia się w całej okazałości i często, w dodatku od pierwszych minut filmu, a sceny walki i ich rozmach mogą się podobać.

Dzięki Bogu film nie powtarza też głupich klisz swoich poprzedników. Bardzo się obawiałem, że po raz kolejny zobaczymy romans przerośniętej małpy z pierwszą białą kobietą, jaką widzi życiu, ale na szczęście tego nie było. Poza tym uniknięto kilku oczywistości, co samo w sobie nadawało humorystyczny ton niektórym scenom. Przykład? Proszę bardzo. Dzielny wojak chcąc kupić uciekającym towarzyszom kilka minut poświęca swoje życie, zostaje w tyle z kilkoma granatami, rzuca bohaterskie spojrzenie na nacierającego stwora i… Spodziewałem się, że na moment zatrzyma monstrum i w jakiś sposób go uszkodzi, ale nie. Potwór – nawet nie za bardzo zwalniając – macha długim ogonem i odrzuca wojaka z granatami, który w widowiskowy sposób wybucha kilka pagórków dalej. 🙂

Podsumowując: ten film to przeciętniak. Solidnie zrobiony, ale tylko przeciętniak, mający na celu otworzyć uniwersum, a nie być samodzielną zamkniętą całością. Szkoda trochę dziur scenariuszowych i logicznych oraz niewykorzystanych aktorów, ale za to na plus zdecydowanie trzeba zaliczyć dynamikę scen z Kongiem i postać, w którą wcielał się John C. Reilly. Czy polecam? Nie wszystkim. Ja się nawet momentami dobrze bawiłem, ale raczej już do tego filmu nie wrócę.

Recenzja według Wookiego

Dla mnie „Kong” cierpi na syndrom „Przebudzenia Mocy”, czyli w kinie dobrze się bawiłem, ale tak naprawdę, po ochłonięciu człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że film w cale nie jest tak dobry jak się wydawał. Niestety „Wyspie czaszki” wychodzi to na dodatek dużo gorzej niż epizodowi siódmemu „Gwiezdnych Wojen”.

Wszystko zaczynało się całkiem dobrze. Reżyser tym razem postanowił nie chować głównego potwora przez cały film i już w pierwszych scenach Kong pojawia się na ekranie. Nie brakuje go z resztą przez cały film, o czym już wspomniał Śmiecho. Zaczęło już w zasadzie coś zgrzytać przy przedstawianiu głównych bohaterów. Szef ekspedycji co robi? Oczywiście zdobywa fundusze u senatora, czy innego urzędnika. Były komandos SAS, czyli Hiddleston musi rzecz jasna pobić kilku zakapiorów w barze i to akurat jak ma być rekrutowany przez szefa wyprawy. Pani fotograf Brie Larson siedzi w ciemni z czerwoną żarówką i wywołuje zdjęcia, a potem jej rola sprowadza się w filmie to cykania zdjęć – autentycznie ona nic więcej w filmie nie robi. Pomijam już zbędność chińskiej pani naukowiec, która gry uczyła się prawdopodobnie od aktorów ichniejszych „Trudnych spraw”, a w filmie zaistniała wyłącznie dlatego, że Legendarny został wykupiony przez chińską firmę. Do tego dochodzi cała ekipa weteranów z Wietnamu, którzy są kompletnie bezpłciowi, kliszowi i jakoś nie na miejscu, a motywacja ich dowódcy Samuela L. Jacksona to kompletnie spieprzony potencjał na ciekawy motyw. Jedynym jasnym punktem bohaterów jest postać grana przez Johna C. Reilly’ego – chyba rola jego życia. Jednak powtarza się tu notoryczny błąd ostatnich produkcji – takiego filmu nie da się zbudować na comic-reliefowych postaciach – to nie ten kaliber filmu.

Jak można się więc domyśleć, scenariusz to największa bolączka „Konga”. Bohaterowie są tak tragicznie napisani, że aktorzy nie mają pola do popisu. Do tego dochodzą kompletne durnoty popychające akcję i poprawiające aspekt wizualny filmu. Odniosłem wrażenie, że wszystko w tym filmie dzieje się podczas zachodu lub wschodu słońca, na wyspie, która jest otoczona permanentnymi chmurami burzowymi!!!! Weterani z Wietnamu, elitarna jednostka kawalerii powietrznej umie latać śmigłowcami na takim poziomie, że wielki małpiszon bez problemu doprowadza do ognia krzyżowego dwóch maszyn… WTF!! King Kong upada w stare wraki ostatków i nagle jest cały kompletnie opleciony łańcuchami do takiego stopnia, że nie może się oswobodzić. Głupie, ale super wygląda i pcha akcję do przodu, to po co nam prawa fizyki i logika 😀 Tego jest oczywiście dużo dużo więcej.

Wszystko to niestety składa się na klasyczną, bardzo często ostatnio tworzoną wydmuszkę. Film ma omamić widza ładnymi widoczkami, efektami specjalnymi, ze szczyptą humoru i dynamiczną akcją, to się człowiek nie połapie, że ktoś tutaj się nie postarał. Bo faktycznie wizualnie film prezentuje się bardzo dobrze. Gwóźdź programu na ekranie pojawia się często i walczy, walczy sporo, czyli tutaj przynajmniej nie czuję się oszukany, czego nie mogę powiedzieć po ostatniej „Godzilli”. Olbrzymia małpa naprawdę robi dobre wrażenie i każde jej pojawienie się na ekranie cieszy. Do tego trzeba przyznać, że operator również się postarał. Zdjęcia są piękne nie można zaprzeczyć, szkoda jednak, że to wizualna strona dyktowała scenariuszem a nie na odwrót. Na pochwałę zasługuje dobra muzyka, która bezpośrednio nawiązuje to filmów wojennych o wojnie w Wietnamie. W trakcie seansu fajnie się słuchało tej ścieżki dźwiękowej, jednak jak tylko wyjdzie z kina doszło do mnie, że był to kolejny zabieg który miał poprawić estetykę filmu i odwrócić uwagę widza od niedoróbek w scenariuszu. A szkoda, bo sam ekosystem wyspy miał naprawdę potencjał. Chciałoby się poznać więcej flory i fauny tego miejsca, skąd się wzięła, dlaczego jest tylko na tej wyspie itp. Zamiast tego dostajemy jakąś absurdalną bajeczkę o dziurach w ziemi, skąd wychodzą dwunożne czachojaszczury… znowu, WTF???!!!

Tak, sporo żali wylałem w mojej ocenie tego filmu, jednak im więcej czasu mija od wyjścia z kina, tym co raz bardziej dostrzegam słabość „Konga”, boardzo podobnie jak miało to miejsce w moim przypadku z „Przebudzeniem Mocy”. Problem w tym, że jak już wspomniałem, „Wyspa Czaszki” jest dużo gorzej zrealizowana, tak jakby w zasadzie albo twórcy celowo robili z widza kompletnego idiotę, albo zwyczajnie się nie przykładali i robili wszystko na odczepnego. Gwiezdne Wojny przynajmniej jakiś scenariusz miało, postacie pozostały w pamięci, a sam film posiadał jakikolwiek przekaz i cel. W prawdzie wielka małpa i znane nazwiska aktorów przyciągnęły do kina sporą rzeszę łącznie ze mną i ja osobiście czuję się nieco oszukany tym co dostałem na ekranie. Ok, bawiłem się dobrze, pod tym względem uległem temu, co chcieli osiągnąć twórcy filmu. Jednak problem jest w tym, że już chwilę po wyjściu z kina człowiek zdaje sobie sprawę, że ten film to ładnie wyglądający gniot, o którym na pewno nie będę pamiętał za kilka miesięcy. „Kong” nic nie wnosi – brak tutaj charakterystycznych postaci, jakiegokolwiek przekazu, rewolucyjnych zabiegów realizatorskich, a scenariusz to tak naprawdę przypudrowane ścierwo. Zatem mimo, że w kinie zabawa była całkiem w porządku, to nie polecam tego tytułu absolutnie nikomu. Chociażby dlatego, żebyśmy portfelem głosowali , że takich wydmuszek sobie nie życzymy oglądać i niech twórcy zaczną się przykładać do roboty. Ostatecznie oceniam film na 5/10 tylko ze względu na małpiszona i postać Johna C. Reilly’ego, bez których ten tytuł straciłby spokojnie ze 2 oczka.