Star Trek TOS: Miri ? recenzja (odcinek 1×11)

Kolejny odcinek serialu, który ma ciekawą fabułę ale nie ustrzegł się dziwnych pomysłów z lat 60. Na początek plusy czyli historia. Załoga przybywa na planetę na której mieszkańcy badali sposób na przedłużenie życia, jednak w wyniku błędu, osobniki owszem starzeją się wolniej jednak po okresie dojrzewania zapadają na dziwną chorobę i giną. Skutkiem tego, całe społeczeństwo składa się z młodzieży oraz dzieci i nie ma ani jednego dorosłego. Na chorobę zapada też nasza załoga więc rozpoczyna się wyścig z czasem o wynalezienie szczepionki. Historia ciekawa i mimo, że obecnie widzieliśmy ten motyw z milion razy (został genialnie sparodiowany w jednym z odcinków South Park) w momencie premiery był dość przełomowy. Niestety odcinek ma swoje wady i to dość mocne. Przede wszystkim akcja dzieje się na planecie łudząco podobnej do Ziemi, z podobną architekturą i zwyczajami. Dzieci nawet chcą wzywać policję. Niestety nie po to jednak się ogląda Star Trek aby oglądać naszą planetę. Chcemy iść dalej, gdzie obce cywilizacje? Gdzie tereny gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek? Po za tym znowu okazuję się, że kapitan Kirk jest dobry na wszystko a każdy obcy płci odmiennej wystarczy, że na niego spojrzy i już jest zakochany. Pani kancelistka nawet prosi tutaj aby spojrzał na jej nogi bo ona bardzo to lubi… to są niestety elementy które bardzo się zestarzały w tym serialu i czasami może to trochę odrzucać. Tutaj na szczęście sam pomysł jest na tyle ciekawy i interesujący, że można mu wybaczyć te błędy.