Star Trek TOS: Dagger of the Mind ? recenzja (odcinek 1×10)

Kolejny ciekawy odcinek TOSa. Tym razem Kirk trafia do kolonii karnej (nie jako więzień) i tam odkrywa niecne działania doktora Adamsa, który przy pomocy maszyny hipnotyzuje ludzi. Cały szkopuł jest w tym, że maszyna powinna służyć do resocjalizacji więźniów a nie do tworzenia bezmyślnych i posłusznych kopii. Delikatnie zahaczamy tutaj o problem etyczny hipnozy i tego jak ludzie mogą takie coś wykorzystać. W dobrych rękach mielibyśmy resocjalizację idealną, przeprogramowanych ludzi, aby nie czynili już nigdy zła ani nie łamali prawa. Jednak w rękach szaleńca albo kogoś niegodziwego może dojść do tragedii. Co ciekawe widzimy tu pierwszy raz w TOSie wolkańskie połączenie jaźni (przedtem widzieliśmy to w „Enterprise”, ale nie zapominajmy, który serial był wcześniej nakręcony) oraz kolejny raz słyszymy o wyższości Wolkan nad ludźmi. Oczywiście nie mogło zabraknąć motywu miłosnego Kirk z kimś z załogi/obcym/androidem. Tym razem mamy panią psycholog, która wpatruję się cielęcymi oczyma w kapitana, który potem przy pomocy maszyny zostaję zahipnotyzowany, aby ją kochać. Na uwagę zasługuję zwłaszcza reakcja Spocka na tę informację.Co ciekawe to właśnie ta pani psycholog bawi się tutaj w „Johna McLaine” i czołga się szybami wentylacyjnymi, aby uratować Kirka. W latach 60 pokazanie kobiety działającej w ten sposób było delikatnie mówiąc przełomowe. Dodam jeszcze, że ten epizod został genialnie sparodiowany w serialu „South Park”. Tak więc podsumowując mamy tu ciekawy fabularnie odcinek, który z czystym sumieniem mogę polecić.