Expanse – Godspeed / Home (sezon 2, odcinki 4 i 5, recenzja)

Tym razem postanowiłem zrecenzować dwa odcinki na raz, ponieważ bardzo ciężko jest je od siebie odseparować. W zasadzie, moim zdaniem powinny być wyemitowane jak dwa pierwsze epizody tego sezonu – jeden po drugim. Uwaga, w kolejnych akapitach mogą pojawić się spoilery, bo ciężko pisać o tych odcinkach bez nich, aczkolwiek postaram się je ograniczyć do koniecznego minimum. Tych co chcą ich uniknąć zapraszam od razu do podsumowania w ostatnim akapicie.

Fabularnie cała sprawa rozbija się (i to jest bardzo dobre słowo :-P)  o stację Eros. Fred Johnson za namową Millera postanawia pogrzebać chory eksperyment, który zapoczątkowano na tej stutysięcznej koloni w Pasie Asteroid i który zagraża całemu Układowi Słonecznemu. W tym momencie do gry wchodzi Nauvoo, czyli ogromny pokoleniowy statek mormonów, który przewijał się przez cały serial, ale do tej pory wydawał się nie być w ogóle związany z resztą wydarzeń. Miller wpadł na pomysł wykorzystania tej gigantycznej jednostki do staranowania Erosa. We wszystko jest też zaangażowany Rocinante oraz statek desantowy OPA, na który zgłosił się Miller. Przed kolizją, Pasiarze muszą zdetonować ładunki rozmieszczone na całej stacji, alby mieć pewność, że nic i nikt nie wydostanie się ze stacji. Jak to bywa w takich sytuacjach nie wszytko idzie zgodnie z planem. Ogląda się to wszystko z zapartym tchem, mimo kliszy, którą scenarzyści tutaj użyli. Mówię tutaj o powodzie, dla którego Miller musiał zostać na Erosie (ile razy to już zniszczony detonator bomby był przyczyną bohaterstwa protagonistów wielu filmów i seriali??) Z jednej strony zrobili to całkiem wiarygodnie, z drugiej jednak było to do przewidzenia i było tak mało oryginalne, że był to lekki zgrzyt. Do tego nadrabiał tutaj Thomas Jane, który w pełni się zrehabilitował bo słabszym występie w „Static”. Z resztą od tej strony spisała się też załoga Rocinante z Holdenem (Steven Strasit) na czele, który w drugiej serii zdecydowanie pozbył się połkniętego kija i teraz nareszcie widać w jego grze emocje (a tym razem było to niezbędne bardziej niż kiedykolwiek, bo podejmował prawdopodobnie najcięższe w swoim życiu decyzje ).

Na dodatek, siłą rzeczy w wydarzenia zostaje zaplątana Ziemia, która odczuła (całkowicie z resztą słusznie 🙂 ) ogromne zagrożenie z powodu tego, co dzieje się na stacji Eros, z resztą mormoni zdążyli się już poskarżyć, że OPA ukradł ich święty statek. Jak łatwo się domyślić w tym momencie akcja jeszcze bardziej przyspiesza, wszystkie strony walczą z czasem i muszą przełamać nieufność, jaką czują do siebie. Wszystko natomiast kończy się dosyć zaskakująco, aczkolwiek osobiście żałuje, że nie skończyło się inaczej (to by dopiero było coś, gdyby faktycznie Eros rąbnął w Ziemie i przeżyli tylko niedobitki – totalny gamechanger i mindblower :-P)

Wizualnie i technicznie odcinku są rewelacyjnie – twórcy trzymają wysoki poziom z początku sezonu. Dostajemy świetne ujęcia wyprowadzenia Nauvoo ze stacji Tycho przy pomocy chmary miniholowników. Eros również cieszy oko zarówno w zbliżeniach na powierzchni jak i we wnętrzu, o końcowej scenie piątego odcinka nie wspomnę. Od strony budowania spójnego świata, również dobra robota – jest nowy statek, jest przedstawiona wspomniana obrona planetarna i procedura jej uruchomienia. Na pochwałę zasługuje ciągle przedstawiony sposób nawigacji w kosmosie. Tym razem zwrócono uwagę na przyspieszenie statków i ograniczenia w tej kwestii – w szczególności granice wytrzymałości ludzkiego organizmu wspieranego przez farmaceutyki.

Słowem podsumowania, te dwa odcinki to kolejny kawał rewelacyjnego science-fiction najwyższych lotów. Akcja trzyma w napięciu przez 80 minut. Mimo drobnych zastrzeżeń, wszystko trzyma się kupy, a zakończenie potrafi zaskoczyć. Nie zabrakło też dramatycznych decyzji naszych głównych bohaterów, które na pewno odcisną piętno na ich psychice. Liczyłem wprawdzie na jeszcze mocniejsze uderzenie na koniec „Home”, ale i tak jestem zadowolony z tego jak to wszystko się potoczyło. Co więcej podejrzewam też dlaczego akurat tak zakończyła się historia Erosa i przekonamy się o tym w przyszłości (najpewniej jako cliffhanger na koniec drugiej serii). Bardzo emocjonujące i bardzo dobrze zrealizowane i napisane odcinki, oby tak już do końca sezonu. Wiele rzeczy fabularnie powywracały się do góry nogami, przez co nie mogę się doczekać kolejnego odcinka.