Star Trek TOS: The Corbomite Maneuver ? recenzja (odcinek 1×02)

Drugi odcinek TOSa jest….dziwny. Zacznijmy od tego, że w porównaniu do pilota znowu zmieniły się kolory mundurów, a Sulu zmienił stanowisko. Rozumiem, że to dopiero początki serii, więc mogą się pojawiać tego typu problemy. Sama fabuła zaś opowiada o tym, jak Enterprise spotyka w kosmosie dziwną boję kosmiczną i z trudem ją niszczy. W związku z tym przylatuje wielki statek kosmiczny twórców boi i grozi unicestwieniem całego statku. Na szczęście nasz kapitan Kirk blefuje o dziwnej substancji, tytułowym korbomicie (corbomite) i koniec końców prowadzi do pojednania z twórcami kosmicznej boi. Przyznacie, że brzmi to całkiem interesująco? Niestety odcinek jest niesamowicie statyczny, a że większość fabuły dzieje się na mostku, można odnieść wrażenie, że oglądamy sztukę teatralną. Rozumiem kwestie oszczędności, ale to już jest lekka przesada. Problemem również jest końcówka odcinka. Sam motyw pojednania się ze straszliwym Balokiem (tak nazywa się właściciel statku) jest lekko infantylny, a gdy poznajemy jego prawdziwą tożsamość… No cóż… Powiem tylko, że można się srogo zawieść. Nie jest to najgorszy odcinek TOSa, a nawet z tego co wiem w pewnych kręgach jest uznawany za kultowy. Dla mnie jednak jest przedramatyzowany, zbyt statyczny i ma, delikatnie mówiąc, głupie zakończenie. Jedyny pozytyw to blefujący Kirk oraz Spock zainteresowany pokerem.