Star Trek TOS: The Cage ? recenzja (odcinek 0×00)

Pierwszy pilot serialu, nie wyemitowany pierwotnie w telewizji. Poznajemy w nim kapitana Pike, który dowodzi statkiem U.S.S Enterprise i przybywa na planetę Talos IV, aby pomóc nadawcom sygnału alarmowego. Tam okazuję się, że czeka na niego bardzo potężna rasa. Nie będę was oszukiwał, ten odcinek robi piorunujące wrażenie i to w pozytywnym sensie. Mamy tu rozterki kapitana statku kosmicznego, genialną obcą rasę, która próbuję zrozumieć ludzki gatunek oraz wspaniale pokazaną ludzką wolę, która nie da się zamknąć nawet w najpiękniejszym zamku. Jak do tego dodać samą końcówkę, mamy naprawdę dobry fabularnie odcinek. Rzecz jasna efekty specjalne kuleją, ale serial ma już 50 lat więc nie ma się co dziwić. Generalnie podczas całego epizodu czuć, że obcujemy z tworem inteligentnym i czymś prawie wybitnym. Co prawda zabrakło tutaj legendarnej czołówki („Space the final frontier…”), ale przeszkadza to tylko trochę. Dlaczego więc mimo moich zachwytów odcinek nie został wyemitowany a w późniejszych odcinkach mamy już kapitana Jamesa T. Kirka? Podejrzewam, że był on (odcinek) zbyt wyprzedzające swoje czasy. Popularna teoria mówi, że decydenci stwierdzili, że obcy i kobieta odgrywający na mostku tak ważne role to zbyt dużo i Roddenberry musi się zdecydować na jedno. Podobno wybrał Spocka na mostku a kobietę za żonę. Tak czy inaczej od razu widać, że mamy tu do czynienia z dziełem, które ma wszelkie prawo stać się czymś wybitnym.