The Expanse – Safe / Doors & Corners (sezon 2, odcinki 1 i 2, recenzja)

Na ten moment czekałem dobre pół roku, jak tylko ogłoszono datę premiery drugiego sezonu „The Expanse”. Styczeń to już była prawdziwa męczarnia, bo byłem już tak zhype’owany, że myślałem, że nie wytrzymam do lutego. W między czasie odświeżyłem sobie cały pierwszy sezon, co zajęło mi jeden niecały nawet weekendu :-P. Przed samym seansem, który celebrowałem niczym jakiś mistyczny rytuał dopadły mnie wątpliwości, czy na pewno drugi sezon podoła, czy czasem nie oczekuje zbyt wiele… I wiecie co? Po pierwszym podwójnym odcinku mogę powiedzieć już na wstępnie, że w żadnym wypadku się nie zawiodłem, dostałem nawet znacznie więcej niż oczekiwałem.

Czasowo odnajdujemy naszych bohaterów dokładnie w tam, gdzie zakończył się pierwszy sezon. Załoga Rocinante dryfuje w przestrzeni kosmicznej po ucieczce ze stacji Eros i zastanawia się co dalej. Chrisjen Avasarala, czyli „nasza” przedstawicielka w Narodach Zjednoczonych musi zarzegnać kryzys związany z rewelacją Johnsona, dowódcy stacji Tycho, na temat źródła pochodzenia zamaskowanych statków. Ale to nie wszystko… W końcu dostajemy to, na co czekałem cały poprzedni sezon, a przynajmniej od 3 odcinka, czyli wprowadzona zostaje postać z Marsa, a dokładnie twarda pani dowódca drużyny marsjańskich Marines Bobbie Draper, którą zastajemy na Czerwonej Planecie podczas ostrych  ćwiczeń bojowych ze swoim oddziałem. Już jestem kupiony na 120% przez ten sezon – w końcu dostaniemy więcej Marsa!

Ilość akcji jaką serwują nam twórcy w tym podwójnym odcinku po prostu rozgniata. Najpierw rewelacyjny motyw bardzo poważnego incydentu dyplomatycznego na linii Ziemia Mars, który poznajemy z pomieszczenia rady Narodów Zjednoczonych. Widzimy dzięki temu jak działa od wewnątrz ustrój Ziemi podczas sytuacji kryzysowej. W międzyczasie poznajemy marsjan i ich motywację do takiego a nie innego działania. Nie mogę się wdawać w większe szczegóły, aby nie spoilerować, ale cała akcja trzyma w ogromnym napięciu, w trakcie której dowiadujemy się sporo o taktyce, zdolnościach politycznych sekretarz Avasarali i co najważniejsze chyba zaczynamy naprawdę czuć jak bardzo jest napięta sytuacja i jak łatwo jest o wybuch wojny. Co więcej sprawa de facto nie została zamknięta i katastrofa nadal wisi nad obiema planetami.

To wszystko dostajemy dopiero w pierwszej połowie odcinka, a to jeszcze nie jest punkt kulminacyjny. Totalną miazgę dla naszych zmysłów szykuje nam dopiero załoga Rosinante wraz z Johnsonem. Nasi głowni bohaterowie w końcu wiedzą czego tak naprawdę chcą i zdają sobie nareszcie sprawę, że jeżeli oni nie ruszą swoich czterech liter, to nikt nie ocali Pasa, przed tym co zobaczyli na Erosie oraz przed wojną. Robi się trochę pompatycznie, ale tylko trochę i jest to dla mnie całkowicie wiarygodne i do przyjęcia. Pazury pokazuje też Johnson, który do tej pory próbował ograniczać wszelką agresję do skrajnego minimum. Ostatecznie dostajemy creme de la creme odcinka, a być może całego serialu, czyli akcję przejęcia przez OPA (Outer Planets Aliance, Sojusz Planet Zewnętrznych) stacji komunikacyjnej w pobliżu Erosa, gdzie mogą znaleźć odpowiedź na pytanie co się stało na Erosie. Jak się można domyślać nie obejdzie się bez walki zarówno w przestrzeni kosmicznej jak i w samym obiekcie. Znów muszę się powstrzymywać przed zdradzaniem szczegółów, ale muszę podkreślić, że to zobaczyłem wbija totalnie w fotel przynajmniej tak mocno jak bitwa z odcinka CQB z  pierwszego sezonu. Bitwa może nieco mniej spektakularna, ale niosła ze sobą tyle akcji i co za tym idzie emocji, że może eksplodować mózg. Całość dopracowana w najdrobniejszym szczególe, świetnie wyjaśniona, no po prostu brak słów żeby opisać ostatnie 20 minut odcinka. Dawno nie miałem sytuacji, gdzie po napisach końcowych siedziałem w fotelu i zadawałem sobie pytanie: „co tutaj się właśnie wydarzyło?!?!”.

Ale jak wiadomo Expanse już nas nauczył, że na samej akcji i głównych wątkach się nie kończy. Ten półtoragodzinny podwójny epizod zrobił jeszcze jedną świetną rzecz, a mianowicie wyeksponował znaczną cześć postaci. Pomijam fakt bardzo dobrego wprowadzenia nowej bohaterki, czuli Bobbie Draper. Wspomniany już Johnson przechodzi swoistą przemianę i dowiadujemy się o nim kolejnych rewelacji. Przyznam, że ta postać w końcu zaczęła mnie intrygować,a przede wszystkim zmieniłem o nim kompletnie zdanie i o to chyba właśnie chodziło scenarzystom. Sekretarz Chrisjen Avasarala też zyskała w moich oczach, co z resztą przewidywałem po finale poprzedniego sezonu. Pokazała się jako genialna polityk i dyplomata. Tam gdzie trzeba przyblefuje, a to zastraszy, a to porozmawia, czy powoła się na własny autorytet i doświadczenie a jakby to nie wystarczyło  jest gotowa do posunięcia się do bardziej drastycznych posunięć, niekoniecznie zgodnych z prawem. Zarazem jest patriotką i faktycznie zależy jej na tym, aby nie doszło do wojny między kosmicznymi mocarstwami i przez to w pełni byłęm w stanie usprawiedliwić jej metody działania.  W poprzedniej serii wydawała mi się raczej miałka i mało wyrazista, pomijając kilka momentów. Tutaj w końcu odsłania karty i bardzo mi się to podoba. Na Rosinante też jest jest ciekawie. Z jednej strony Amos robi się coraz bardziej niestabilny, sprawia wrażenie psychopaty. Miller w końcu zaczyna czuć się jak prawdziwy Pasiarz i ma odruchy patriotyczne i jak ta postać zyskała od momentu połączenia się z załogą Rocinante!  Holden nareszcie czuje się dowódcom pełną gębą i co ważniejsze poczuwa się do odpowiedzialności, natomiast Alex za to miewa wyrzuty sumienia związane z wydarzeniami na Erosie, zarzuca sobie, że mogli ze sobą zabrać znacznie więcej mieszkańców. Cieszy mnie fakt, że tego aspektu nie zaniedbano podczas tak naszpikowanym akcją odcinku.

Jak The Expanse, to i genialnie dopracowany i szczegółowy świat przedstawiony, więc nie mogę o nim nie wspomnieć i tym razem. Jak już niejednokrotnie wspominałem, twórcy serialu fascynują się medycyną przyszłości i poznaliśmy już sporo gadżetów związanych z tą dziedziną nauki. Tym razem do listy możemy dopisać wszczep antynowotworowy, którego aplikuje się w ramie pacjenta. Wprawdzie sterylizuje on osobę, ale zapobiega rozwojowi wszelkiej tkanki nowotworowej. Oprócz tego dostajemy nieco kolejnych informacji na temat taktyki stosowanej podczas kosmicznych bitew – na przykład mniejsze okręty przed spodziewaną potyczką wypompowują z pokładu atmosferę, a załoga oczywiście musi operować statkiem w skafandrach i bez sztucznej grawitacji. Wszystko to ma na celu zmniejszenie zniszczeń podczas dziurawienia kadłuba przez wrogie pociski. Jest tego oczywiście więcej, ale wychwycenie wszystkich smaczków pozostawiam Wam 🙂

Moje podsumowanie i ocena rozpoczęcia drugiego sezonu nie będzie raczej zaskoczeniem. Expanse wystartował rewelacyjnie o wiele wiele wiele lepiej niż się tego spodziewałem. Było tu wszystko na co liczyłem: rewelacyjna akcja, rozwój postaci, odsłonięcie kolejnego kawałka świata i przede wszystkim szansa na to, że regularnie będziemy oglądać tym razem Marsjan, którzy są dla mnie najciekawszą frakcją w tym uniwersum. Jedyny przytyk jaki mogę znaleźć to wątek mormonów, który znowu nie został pruszony. Z drugiej strony odcinek ten był tak napakowany treścią, że prawdopodobnie była to dobra decyzja i coś więcej o tym wątku dowiemy się w kolejnym epizodzie. W każdym razie, jeśli poziom odcinków będzie utrzymany, to czeka nas ostra jazda, a sam Expanse już bez żadnych kompleksów będzie mógł być wymieniany jako jeden z najlepszych seriali science-fiction w historii. Po tym co zobaczyłem do tej pory na pewno nie ma czego się wstydzić.