Star Trek TOS: The Man Trap – recenzja (odcinek 1×05)

Bardzo ciekawy i co ważniejsze wciągający odcinek. Na początku Kirk i McCoy odwiedzają dwóch naukowców na opustoszałej planecie którzy przeprowadzają badania nad wymarłą kulturą. Szczerze powiem, że wzbudziło to mój zachwyt bo nie dość, że Federacja (co prawda ta nazwa jeszcze nie była używana) bada starożytne kosmiczne kultury to jeszcze naukowcy mają okresowe badania. spodobało mi się jak funkcjonuje ta organizacja oraz jakie ma procedury. Potem jest jest jeszcze ciekawiej. Okazuje się bowiem, że przetrwała jedna istota na tej planecie i potrafi ona wniknąć w nasze umysły i przyjąć najbardziej atrakcyjną dla nas formę aby potem dosłownie wyssać z ludzi sól którą się żywi. Dlaczego uważam ten odcinek za świetny? Ponieważ porusza on jak przystało na Star Trek bardzo poważne problemy. Czy mamy prawo zabijać ostatniego przedstawiciela gatunku? Czy ten sam przedstawiciel nie ma prawa się bronić? Do tego dochodzi jeszcze uczucie jakim darzy panią naukowiec kapitan przez które o mało nie doprowadza do śmierci Kirka. Polecam ten odcinek i warto przemyśleć po nim parę spraw.

Star Trek TOS: The Enemy Within – recenzja (odcinek 1×04)

W wyniku awarii transportera kapitan Kirk rozszczepia się na dwie osoby. Problem w tym, że również jego osobowość ulega rozdwojeniu i jeden Kirk to takie „ciepłe kluchy” a drugi rasowy samiec alfa aż do przesady. W tej historii to jednak nie gonitwa na statku za złym Kirkiem jest najważniejsza. Ponownie serial stawia nam trudne pytania. Co definiuje dobrego  dowódce? Co składa się na każdą osobę? Tak jak każdy z nas Kirk ma „mrocznego pasażera” który okiełznany daje mu pewność siebie, odwagę, zdecydowanie. Z kolei druga cześć daje zrozumienie, empatię i dobroć. Widzę tu spore podobieństwo do psychologicznej teorii o ID, które odzwierciedla naszą najbardziej prymitywną postać i Superego, którego zadaniem jest go hamować dzięki czemu mamy naszą osobowość. Nie wiem czy twórcy TOSa wzorowali się na niej, czy to po prostu przypadek, ale jest to kolejny odcinek, który zmusza nas do zastanowienia się nad sobą i nad istotą społeczeństwa. Po za tymi walorami mamy całkiem emocjonujący odcinek a nawet pokazanego dziwnego stwora z kosmosu, który również został rozszczepiony. Polecam.

Star Trek TOS: Mudd’s Women – recenzja (odcinek 1×03)

Tym razem mamy trochę słabszy odcinek TOSa, ale nadal nie ma tragedii. Spotykamy tu sympatycznego handlarza i oszusta Harrego Mudda, który zostaję złapany przez kapitana Kirka wraz z trzema pięknymi dziewojami. Te działają dość hipnotycznie na męską część załogi. Wkrótce okazuję się dlaczego i co planuje nasz kanciarz. Napisałem, że Mudd jest sympatyczny, bo taki właśnie ma być. To typ pirata, który zawsze patrzy jak Cię oszukać w karty uśmiechając się przy tym promiennie. W tym epizodzie widać w jakich latach był kręcony serial. Wtedy, w latach 60-tych, głównym zadaniem kobiety było ładnie wyglądać a jej jedyną bronią seksapil. Co ciekawe również w tym odcinku scenarzyści ukryli drugie dno w postaci ciekawych spostrzeżeń na relację damsko-męską. Czego tak naprawdę oczekują mężczyźni? Kobiety wspierającej ich i inteligentnej czy ładnej błyskotki? Przy okazji z epizodu można wyciągnąć jeszcze jedną lekcję: zawsze należy być pewnym siebie i jest to najlepsza pigułka seksapilu i piękności. Odcinek słabszy od poprzedniego ale nadal ma moc ;). Warto zobaczyć.

The Expanse – Static (sezon 2, odcinek 3, recenzja)

Nie mogło być inaczej po tym, co działo się w poprzednich odcinkach – serial musiał zwolnić i dać oddech. Nie znaczy to jednak, że jest słabo i kompletnie w „Static” nic się nie dzieje, wręcz przeciwnie główny wątek brnie spokojnie do przodu, poznajemy lepiej nową bohaterkę, czyli Bobbie Draper, reaktywowano również wątek, który od dłuższego czasu był uśpiony.

dalej „The Expanse – Static (sezon 2, odcinek 3, recenzja)”

Star Trek TOS: The Corbomite Maneuver – recenzja (odcinek 1×02)

Drugi odcinek TOSa jest….dziwny. Zacznijmy od tego, że w porównaniu do pilota znowu zmieniły się kolory mundurów, a Sulu zmienił stanowisko. Rozumiem, że to dopiero początki serii, więc mogą się pojawiać tego typu problemy. Sama fabuła zaś opowiada o tym, jak Enterprise spotyka w kosmosie dziwną boję kosmiczną i z trudem ją niszczy. W związku z tym przylatuje wielki statek kosmiczny twórców boi i grozi unicestwieniem całego statku. Na szczęście nasz kapitan Kirk blefuje o dziwnej substancji, tytułowym korbomicie (corbomite) i koniec końców prowadzi do pojednania z twórcami kosmicznej boi. Przyznacie, że brzmi to całkiem interesująco? Niestety odcinek jest niesamowicie statyczny, a że większość fabuły dzieje się na mostku, można odnieść wrażenie, że oglądamy sztukę teatralną. Rozumiem kwestie oszczędności, ale to już jest lekka przesada. Problemem również jest końcówka odcinka. Sam motyw pojednania się ze straszliwym Balokiem (tak nazywa się właściciel statku) jest lekko infantylny, a gdy poznajemy jego prawdziwą tożsamość… No cóż… Powiem tylko, że można się srogo zawieść. Nie jest to najgorszy odcinek TOSa, a nawet z tego co wiem w pewnych kręgach jest uznawany za kultowy. Dla mnie jednak jest przedramatyzowany, zbyt statyczny i ma, delikatnie mówiąc, głupie zakończenie. Jedyny pozytyw to blefujący Kirk oraz Spock zainteresowany pokerem.

Spotkanie lutowe 2017

Zapraszamy na drugie w tym roku spotkanie Poznańskiego Instytutu Fanów Kosmicznych Odysei (18 lutego o 17:00 w Starym Browarze), na którym jak zawsze będziemy dyskutować na wszelakie aktualne geekowe tematy. Na fali jest oczywiście nowy sezon Expanse. Na pewno nie zabraknie tematów komiksowych, planszówkowych, serialowych i filmowych. Wieczorem natomiast idziemy się trochę pośmiać na seans Lego Batman do pobliskiego Multikina.

dalej „Spotkanie lutowe 2017”

Star Trek TOS: Where No Man Has Gone Before – recenzja (odcinek 1×01)

Pierwszy oficjalny pilot serialu i od razu trzeba zaznaczyć, że ciągle zachwyca. Wspaniała fabuła opowiadająca o rozwoju człowieka, w tym konkretnym przypadku przyśpieszonym przez próbę przekroczenia granicy galaktyki. W ten sposób Gary Mitchell zyskuje nadludzkie możliwości stając się jednym z najtrudniejszych przeciwników kapitana Kirka. Jednak mimo zachwytów nad fabułą i esencją Star Treka, muszę zauważyć parę rzeczy, które bardzo mocno rażą jeżeli znamy serię. Pomijam już kwestię dziwnych mundurów czy brak McCoya. Również Sulu występuję tu w niebieskim mundurze i jest członkiem „działu biologicznego”. Bardziej zabolało mnie to, że bardzo ciekawy pomysł ludzkiej ewolucji i powstania ludzi o zdolności pozazmysłowej został kompletnie porzucony. Nie usłyszymy już więcej o tzw. ESPE. Nie ma jednak co płakać bo i bez tego czekają nas ciekawe odcinki i nowe ciekawe światy. Jak na oficjalne rozpoczęcie sagi („The Cage” nie zostało wyemitowane) ten odcinek jest wprost idealny. Jeżeli zastanawialiście się czy TOS was nie odrzuci to ten odcinek to zweryfikuję. Naprawdę polecam bo nie dość, że fabuła jest idealnie trekowa, to jeszcze niesamowicie wciąga.

Sense8 – sezon pierwszy, recenzja.

Od wejścia Netflixa na polski rynek prawie rok zbierałem się do tego, aby obejrzeć ten serial. Z jednej strony wydawał się po prostu nie dla mnie. Lekkie science-fiction, które sprawiało wrażenie, że kierowane jest głównie dla nastolatków, gdzie bardzo niewiele jest science, ale sporo fiction. Z drugiej strony, za serial odpowiedzialne jest rodzeństwo Wachowskich, czyli twórcy kultowego Matrixa, ale też wielu gniotów jak Speed Racer czy Jupiter: Intronizacja. Do tego dochodziły całkiem niezłe oceny serialu. W końcu jednak się przemogłem i obejrzałem pierwszy i zarazem póki co jedyny sezon Sense8.

dalej „Sense8 – sezon pierwszy, recenzja.”

Star Trek TOS: The Cage – recenzja (odcinek 0×00)

Pierwszy pilot serialu, nie wyemitowany pierwotnie w telewizji. Poznajemy w nim kapitana Pike, który dowodzi statkiem U.S.S Enterprise i przybywa na planetę Talos IV, aby pomóc nadawcom sygnału alarmowego. Tam okazuję się, że czeka na niego bardzo potężna rasa. Nie będę was oszukiwał, ten odcinek robi piorunujące wrażenie i to w pozytywnym sensie. Mamy tu rozterki kapitana statku kosmicznego, genialną obcą rasę, która próbuję zrozumieć ludzki gatunek oraz wspaniale pokazaną ludzką wolę, która nie da się zamknąć nawet w najpiękniejszym zamku. Jak do tego dodać samą końcówkę, mamy naprawdę dobry fabularnie odcinek. Rzecz jasna efekty specjalne kuleją, ale serial ma już 50 lat więc nie ma się co dziwić. Generalnie podczas całego epizodu czuć, że obcujemy z tworem inteligentnym i czymś prawie wybitnym. Co prawda zabrakło tutaj legendarnej czołówki („Space the final frontier…”), ale przeszkadza to tylko trochę. Dlaczego więc mimo moich zachwytów odcinek nie został wyemitowany a w późniejszych odcinkach mamy już kapitana Jamesa T. Kirka? Podejrzewam, że był on (odcinek) zbyt wyprzedzające swoje czasy. Popularna teoria mówi, że decydenci stwierdzili, że obcy i kobieta odgrywający na mostku tak ważne role to zbyt dużo i Roddenberry musi się zdecydować na jedno. Podobno wybrał Spocka na mostku a kobietę za żonę. Tak czy inaczej od razu widać, że mamy tu do czynienia z dziełem, które ma wszelkie prawo stać się czymś wybitnym.

Świt rebelii – recenzja książki

Ostatnia część trylogii Hana Solo. Od razu wam powiem, że jest to najlepsza część tej świetnej serii. Wszystkie wątki rozpoczęte jeszcze w „Rajskiej pułapce” elegancko są tutaj zamykane. Przede wszystkim widzimy tutaj przemianę Hana Solo w przemytnika, którego znaliśmy z filmów. Rozumiem przez to spryciarza, kombinatora i szmuglera. Na początku powieści Han jest bohaterem Naar Shaada, a na dodatek wygrywa sporą sumę w sabaka oraz, uwaga: Sokoła Millenium. Ciekawie też wygląda jego współpraca z Jabbą, dzięki której  poznajemy obyczaje Huttów a te okazują się zaskakująco interesujące. Gratulacje dla autora należą się również za nawiązanie do przestępczej organizacji „Czarnego słońca”, wypada to sensownie i logicznie. Wspomnijmy teraz o tytułowej rebelii. Jest ona pokazana w postaci Brii Tharen, która staje się niejako jej założycielką, co jest dość interesujące. Miło też, że dowiadujemy się, skąd wzięła się złość Lando Calrsissiana, a wszystko komponuję się w całkiem spójną całość. W zasadzie nie mam się tutaj o co przyczepić. Poznajemy Kashyyk, postać Chewiego się rozwija. Zatem muszę się przyznać, że całą trylogię czytało mi się fenomenalnie, czego główną zasługą są zarówno fabuła jak i pełnokrwiści bohaterowie. Czy to oznacza, że całą trylogia Hana Solo jest bez wad? Oczywiście, że nie. Są tu pewne głupotki, tak typowe dla tego uniwersum jak i pewne schematy, które mogą drażnić. Jednocześnie dzięki całkiem interesującej fabule i przede wszystkim rozwijaniu uniwersum od trochę nietypowej strony (praktycznie nie ma tu ani Jedi ani Mocy) zyskujemy historię wartą przeczytania. Polecam.