„Assassin’s Creed” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

Kolejny miesiąc oznacza kolejne wyjście do kina. Niestety styczeń nie zachwycał wyborem filmów fantastycznych i padło na „Assassin’s Creed”, czyli ekranizację pewnej serii gier komputerowych…

Recenzja według Śmiecha

Jestem jedną z tych osób, które nie grały w ogóle w żadną z części gier. Tak, są tacy na świecie. Nie spędziłem z tym tytułem ani minuty, a jedyne co wiedziałem o serii, to nikłe przebłyski wiedzy zdobytej przypadkowo przy recenzjach w sieci, czy podpatrzone gdzieś zrzuty ekranu lub krótkie filmiki z Youtuba. I dlatego mogłem sobie pozwolić na dość świeże spojrzenie na film, bez zachwycania się mrugnięciami okiem do fanów, albo odniesieniami zrozumiałymi tylko dla wybranych. No wiecie… Takie oglądanie filmu dla filmu. 🙂

I dlatego mogę z czystą, nieskażoną fanowskim zachwytem pewnością stwierdzić, że film jest zły. Bardzo zły.


Tłem fabuły jest wielowiekowa, trwająca po dziś walka zakonu Templariuszy i Asasynów o pewien starożytny artefakt. Ok, to byłbym jestem w stanie łyknąć… gdyby nie to, że Templariusze zostali doszczętnie skasowani w XIV wieku, mniej więcej 200 lat po założeniu. Pal sześć nieścisłości historyczne i to, że akcja dzieje się w 1492 roku, czyli prawie dwa wieki po oficjalnej likwidacji zakonu. Najgorsze dopiero przed nami… Otóż owym artefaktem jest „jabłko z ogrodu Eden”, w którym (sic!) ukryty jest kod genetyczny wolnej woli człowieka. Templariusze chcą go przejąć, żeby zlikwidować wolną wolę ludzi na świecie i przejąć w ten sposób władzę absolutną, Assasyni bronią jabłka „bo tak”. Michael Fassbender gra tutaj potomka jednego z Asasynów, w jego kodzie DNA zapisane są wspomnienia tego przodka i informacje o tym, gdzie ów przodek ukrył „jabłko”. W związku z tym żyjący w XXI wieku Templariusze podłączają Fassbendera do maszyny, dzięki której mogą odtworzyć i obejrzeć wspomnienia.

Tego nie można oglądać na trzeźwo. Absurd goni absurd, idiotyzmy fabularne są tak porażające i przeczące podstawowej logice i wiedzy szkolnej, że szkoda nawet o tym wspominać. Sama idea, że w ludzkim DNA są zapisane obrazy, odgłosy i odczucia wszystkich przodków woła o pomstę do nieba. Nie wspominam o tajnej siedzibie Zakonu, gdzie na każdej fasadzie znajdują się ogromne symbole Templariuszy i gdzie może może się dostać każdy bez wysiłku wnosząc broń. Maszyna psuje się robiąc dokładnie to, do czego ją zaprojektowano. Główny bohater rozmawia z postaciami ze swoich wspomnień, a wszyscy w pomieszczeniu widzą je i słyszą. I tak dalej, i tak dalej…

Najgorsze w tym filmie jest to, że – poza kilkoma ciekawymi scenami pogoni w XV-wiecznym mieście – całość sprawia wrażenie czegoś zrobionego na szybko i bez pasji. Scenariusza prawie nie ma, bohaterowie raz postępują w pewien sposób, by po chwili bez żadnej wyraźnej przyczyny zrobić coś kompletnie innego. Aktorzy sprawiają wrażenie znudzonych, jakby sami nie wierzyli w sukces produkcji. Jeremy Irons ma być typowym, brytyjskim złoczyńcą, Marion Cotillard zaangażowaną panią naukowiec, ale wszyscy wypadają nijako i blado, jakby to nie był szczyt ich możliwości. Honor aktorski ratuje jedynie Fassbender i to tylko na początku, gdy pokazuje strach przed wyrokiem śmierci. Reszta? Reszty nie ma.

To jest po prostu zły film. Bez scenariusza, pomysłu na fabułę, konsekwencji i logiki, gry aktorskiej, postaci… Może dla części ludzi ocena będzie wyższa przez zrozumiałe tylko dla niektórych odniesienia do gry, ale to za mało. Oni widzą faceta wpadającego z wysoka w stóg siana i od razu zaczynają się jarać jakimś „skokiem wiary”. Ja widzę faceta wpadającego bez sensu w stóg siana.

To pierwszy film od bardzo dawna, na którym nie udawało mi się powstrzymywać od parsknięć śmiechu i facepalmów. Iść na to tylko dla kilku scen parkuru w średniowiecznej Hiszpanii? Szkoda kasy.

Recenzja według Wookiego

Niestety rok 2017 źle się dla nas zaczął w kinie. Assasin’s Creed był tytułem, który w jakiś sposób mnie zaciekawił mimo, że w gry komputerowe grałem łącznie może godzinkę. Dobra obsada, przygodowy klimat, elementy science-fiction, to mogło się udać. Powiem szczerze, że pierwsze kilka minut filmu na to wskazywały. Widzowi przedstawione zostaje bractwo Assasinów w trakcie inicjacji nowego członka – robi się ciekawie. Następnie szybka zmiana klimatu, rok 1986 i poznajemy naszego protagonistę jeszcze w ciele nastolatka lubiącego ekstremalne sporty, który jest świadkiem traumatycznego wydarzenia. Kolejna scena i nasz bohater jest szykowany do wykonania na nim kary śmierci. Przyznam szczerze, że nawet mnie to wciągnęło. Plus tego fragmentu filmu to też minimalna dawka dialogów, co się okazał do niego zbawienne. Potem już niestety było gorzej, bo jak może być dobrze skoro cała fabuła polega na poszukiwaniu średniowiecznego kodu genetycznego wolnej woli… WTF!?!? Przełknąłem templariuszy w XV wieku – spokojnie mogę to uznać za historię alternatywną i w zasadzie nigdy za nic innego tego nie uważałem – taka konwencja. Ale kod genetyczny wolnej woli to było zdecydowanie za dużo i ustawiło mi cały film.

Scenariusz to totalny dramat i to co kompletnie kładzie tą produkcję. Nie wiem czy panowie scenarzyści pisali go totalnie nawaleni, czy wykorzystali generator dialogów, czy ogólnie olali temat, wzięli kasę i przez pół roku wylegiwali się na jakiejś kalifornijskiej plaży. Tak sztampowych, bezpłciowych i bezsensownych często wypowiedzi dawno nie słyszałem w żadnej produkcji. Tak jak wspomniał Śmiecho, facepalmy leciały cały czas. Do tego sama fabuła, która ma mnóstwo luk logicznych i po prostu często nie trzyma się kupy, a samo zakończenie mam wrażenie zrobione zostało na odczepne, bo przecież film musi jakieś mieć. Fabularnie to było po prostu potworne. W takich warunkach ciężko wyłuskać cokolwiek nawet z takich aktorów jak Fassbender, Cotillard czy Irons – zwyczajnie nie mieli co grać i pewnie im się nie za bardzo chciało, a sam reżyser też chyba wziął sobie chałturkę na odpierdziel a nie dzieło, za które skasował na pewno niemałą sumkę zielonych.

Nie jest jednak tak, że film był totalnie tragiczny i nic pozytywnego z niego nie da się wyciągnąć. Na pewno bronił się warstwą wizualną. Średniowieczna Andaluzja, czy samo urządzenie Animus cieszą oko. Do tego sceny, które maja miejsce w 1492 roku są naprawdę dobre, a przynajmniej większość z nich. Pewnie po części dlatego, że mało tam dialogów, a dużo akcji dobrze nakręconej i z dobrą choreografią. Szkoda, że takiej jakości nie prezentuje cały film, bo wyszła by z tego bardzo solidna przygodówka. Cieszy mnie też fakt, że wątek miłosny został zepchnięty tak bardzo na margines jak tylko się dało. Wprawdzie nie mogę powiedzieć, że go w ogóle nie ma, ale nie był nachalny, nie przeszkadzał i nie był kompletnie z czapy. Szkoda, że zwrócono na taki drobiazg uwagę, a nie zauważono, że film nie posiada w zasadzie scenariusza…

Jak zapewne się domyślacie, moja ocena Assasin’s Creed nie może być pozytywna. Jest to niestety film słaby, bo jak może być inaczej, gdy nawet w dziele końcowym nie widać, że twórcom chociaż minimalnie zależało na filmie. Brak tutaj reżyserii i przede wszystkim scenariusza. Ostatnio w ogóle zauważyłem, że jest z tym problem w blockbusterach hollywoodzkich niestety. Mam nadzieję, że w tym roku doczekam się zmiany tego trendu. Ostatecznie oceniam ten film na 5/10, a tak wysoka ocena tylko dlatego, że część średniowieczna filmu nawet mi się podobała.