Star Trek Enterprise: These Are the Voyages… ? recenzja (odcinek 4×22)

Moi drodzy, doszliśmy do końca serialu Star Trek: Enterprise. Ostatni, finałowy epizod jest dla mnie osobiście, jednym z najlepszych odcinków w ogóle w historii całej serii. Zacznijmy od tego, że scenarzyści postanowili lekko zmienić perspektywę. Otóż w tym odcinku można odnieść wrażenie, że nie oglądamy już serialu Enterprise tylko zaginiony odcinek Star Trek: The Next Generation. Zabieg ten wprowadzony został poprzez użycie dwóch postaci ze słynnego USS Enterprise-D oraz scenerii jego pokładów. Odcinek, opowiada  o ostatniej podróży NX-01 prosto na miejsce uroczystości proklamowania Zjednoczonej Federacji Planet. Ponieważ oglądamy to z perspektywy Rikera, to mamy dodatkowe wrażenie wielkości danej historii. Genialnie zaś wyglądają momenty, gdy przenosimy się z Entka-D na pokład NX-o1. Widzimy wtedy jaką drogę przejdzie gwiezdna flota i jak sama konstrukcja stateku zmieni się na przestrzeni tych lat. Scenarzyści w odcinku mirrorowym nawiązywali do TOSa. Widzieliśmy złego Archera na legendarnym mostku klasy Constitution. Tutaj zaś nawiązują do TNG i według mnie jest to bliskie geniuszu. Co prawda, sama fabuła odcinka może zawodzić, bo praktycznie przez cały epizod  załoga leci na uroczystość, gdzieś po drodze pomaga Shranowi no i ginie jedna z postaci. Czy jego śmierć była potrzebna? Ciężko powiedzieć, mi osobiście jakoś ten fakt nie przeszkadzał, ale rozumiem zdanie tych, którzy twierdzą, że jest to scena „na siłę”. No i osoba, która dopiero zaczyna przygodę nie bardzo wie kto to Riker ani co to za dziwny statek. Za to jeśli dotrwa do 7 sezonu TNG, przeżyje miłe zaskoczenie. Wspomnę jeszcze o ostatnich minutach. Gdy widzimy trzy statki, noszące dumną nazwę Enterprise, a w tle słynną star trekową sekwencję, mówioną przez trzech kapitanów to wiemy, że przygoda w kosmosie dopiero się zaczyna. a przed nami jeszcze parę seriali.