Star Trek Enterprise: Demons, Terra Prime ? recenzja (odcinek 4×20, 4×21)

Końcowe odcinki serialu sprowadzają nas na Ziemię, gdzie spotykają się przedstawiciele obcych ras, aby stworzyć wspólny traktat. Miłym akcentem dla fanów jest wspomnienie o uniwersalnym tłumaczu. Niestety podczas tak wielkiego wydarzenia do głosu dochodzą nasze (ludzkie) największe wady. Pojawia się ksenofobia, strach przed obcymi, w skutek czego do głosu dochodzi organizacja Terra Prime. Udaje jej się sztucznie stworzyć dziecko będące ludzko-wolkańską hybrydą (potomstwo naszych dobrych znajomych: Tripa i T’Pol), oraz zmienia kopalnie górniczą w statek i zajmuję działa, których zadaniem jest niszczenie komet. Można by oczywiście, przypuszczać, że tak potężna broń jest w jakiś sposób chroniona, ale kto by się tam przejmował. Ponieważ rodzice hybrydy również zostają porwani, Archer osobiście dowodzi grupą uderzeniową. Podoba mi się ten odcinek z paru względów. Przede wszystkim jest dla mnie takim ostatnim tchnieniem ludzkiej ksenofobii. W powietrzu czuć, że zbliża się jakieś wielkie wydarzenie, ludzkość nawołuje do pokoju i dialogu między planetami a tutaj jeszcze raz w historii górę biorą lęki i ksenofobie. Oczywiście ludzkość sobie z tym radzi i płomienna przemowa Archera pod koniec przekonuję obcych o naszej zmianie. Znamienne jest też to, że pierwszą istotą, która zaczyna klaskać jest Wolkanin, czyli przedstawiciel rasy, która najbardziej nas powstrzymywała przed przekroczeniem ostatecznej granicy. Bardzo dobre odcinki, które serdecznie polecam.