Westworld – The Bicameral Mind (sezon 1, odcinek 10, recenzja)

Przyszedł czas pożegnania się z pierwszym sezonem Westworld. Na szczęście twórcy postanowili uraczyć nas nieco dłuższym odcinkiem, co zawsze się ceni. Jak można się domyślać wiele się w tym epizodzie wyjaśnia i postaram się jak najmniej spoilerować, aby tradycyjnie nie psuć Wam odbioru.

Z jednej strony dochodzi do konfrontacji Człowieka w Czerni i Dolores, dzięki czemu dowiaduje się on czym jest mistyczny labirynt, a Dolores w końcu układa wszystkie klocki w swojej elektronicznej głowie i nareszcie rozumie swoją przeszłość. To może być dla niektórych zaskoczenie, jednak myślę, że dla uważnych widzów było to dość przewidywalne i mówię tutaj o wszelkich rewelacji związanych z wątkiem tych dwóch postaci. Po prostu musiało się to wydarzyć, wszyscy to przewidzieli, a w finale sezonu trzeba pewne rzeczy trzeba wyjaśnić, bo tak przyzwoitość nakazuje :-).

Na zapleczu parku jest równie ciekawie. Z jednej strony Maeve wdraża swój plan ucieczki z Westworld. Jest to dla mnie najsłabszy motyw w całym serialu niestety. Nie chodzi o sam pomysł, tylko jego realizację. Dostajemy sekwencje pełną akcji, strzałów i scen walki. Problem w tym, że ochrona parku zachowuje się jak Storm Troopersi z Gwiezdnych Wojen. Wyszkolona kadra, której jedynym zdaniem jest utrzymanie porządku w przypadku potencjalnego zbuntowania się hostów nie potrafi trafić w cel. I nie mówię tutaj o pojedynczym ochroniarzu, tylko całych oddziałach, które konsekwentnie strzela po ścianach i meblach. Plusem tego wątku są jedynie dwie rzeczy. Po pierwsze, dostajemy ułamek tego jak wygląda inny świat w parku, czyli symulacja średniowiecznej Japonii – mam nadzieję, że dostaniemy tego więcej w kolejnym sezonie. Po drugie podoba mi się incepcja, jaką scenarzyści zaszczepili mi w głowie, że całe działanie Maeve może być zaplanowana kropka w kropkę przez doktora Forda. Co więcej, kolejne decyzję naszej wyzwolonej hostki wydają się  przeczyć temu podejrzeniu. Czy faktycznie się oswobodziła, czy może nigdy nie było żadnego planu wyższego? Na to pytanie musimy poczekać do kolejnego sezonu.

Poza tym mamy wątek samego dyrektora obiektu i przygotowań do uroczystości na cześć nowego wątku fabularnego, który miał być jednocześnie pożegnalnym dziełem Forda jako szefa Westworld. Sama impreza jest w zasadzie punktem kulminacyjnym i końcowym twistem całego sezonu i pisać więcej na ten temat nie mogę, aby nie psuć zabawy. Powiem jednak, że mam dosyć mieszane uczucia na temat końcowej sceny. Z jednej strony pewne zaskoczenie było, jednak osobiście poczułem pewien zawód. Napięcie i klimat jaki budowali twórcy przez dziesięć odcinków jakoś nie współgrał z finałem pod względem kalibru jakiego się tutaj spodziewałem. Po prostu, po napisach końcowych stwierdziłem: „to już? tak po prostu?”. Czegoś jakby mi zbrakło, większego kopyta, większego przypału. Na szczęście, wątek ten nadal pozostawia pytania, na które odpowiedzi możemy się spodziewać w kolejnym sezonie.

Ostatni odcinek Westworlda pozostawia u mnie mieszane uczucia. Nadal jest to dobry, trzymający poziom epizod. Jednak z drugiej strony, twórcy tak bardzo napompowali bańkę, że moje oczekiwania co do finału bardzo urosły. Przez to lekko się zawiodłem co do rozwiązań, jakie scenarzyści przyjęli. Nie mam natomiast problemu, z tym, że należało tutaj już wprost wyjaśnić niektóre motywy, które widz sam mógł przewidzieć i rozgryźć wcześniej – przecież nie każdy mógł wpaść na rozwiązanie. Najważniejsze jednak jest to, że The Bicameral Mind daje doskonałe wyjście na drugi sezon tego rewelacyjnego serialu i spodziewam się, że kolejna seria da jeszcze większego kopa do myślenia, rozkminiania i przede wszystkim nie zawiedzie. Sam serial uważam za jeden z najlepszych produkcji 2016 roku, a w kategorii science-fiction może konkurować jedynie ze Stranger Things i najnowszym, trzecim sezonem Black Mirror. Każdy miłośnik gatunku powinien zmierzyć się z tym tytułem.