Pasażerowie – recenzja

Udając się do kina na Pasażerów niczego w zasadzie rewelacyjnego się nie spodziewałem, jednak nie ukrywam, że byłem ciekawy tego tytułu. Ze zwiastunów zapowiadał się on na romans w klimatach Robinsona Crusoe w kosmosie,  dzięki czemu na seans dała się nawet namówić moja żona, która science-fiction docenia raczej bardzo wybiórczo :-).

Zacznijmy od tego, że bardzo ciężko napisać cokolwiek o Pasażerach bez spoilerów. Fabuła jest tak skonstruowana, że w zasadzie powiedzenie czegokolwiek ponad to, co widać w zwiastunie, może sporo zdradzić. Postaram się jednak niczego nie zepsuć. Historia przedstawiona w filmie jest w zasadzie bardzo prosta i niczego nie udaje. Faktycznie wszystko rozbija się o uwięzienie na międzyplanetarnym liniowcu przez 90 lat zanim doleci do docelowej koloni. Dlaczego tak się stało? W założeniu statek leci na autopilocie, natomiast 5000 pasażerów, załogi i obsługi smacznie drzemie sobie w kapsułach hibernacyjnych i dopiero na kilka miesięcy przed punktem docelowym wszyscy są wybudzani, aby w atrakcyjnym otoczeniu luksusowego statku ukończyć swoją podróż. Jak łatwo się domyślić coś poszło nie tak i niektórzy z obecnych na statku obudzili się dużo za wcześnie, co w zasadzie oznacza spędzenie całego życia na statku. W większe szczegóły fabularne nie będę się już zagłębiał, myślę, że wiadomo o co chodzi. Jak widać, szkielet scenariusza jest skomplikowany jak budowa cepa. Oczywiście należy to wszystko jeszcze doprawić szczyptą (dużą) wątku romantycznego i mamy idealny film na randkę, na którą każdy miłośnik science-fiction może zabrać swoją wybrankę i oboje powinni być zadowoleni.

Nie da się ukryć, że pod względem fabularnym film jest mocno przewidywalny i raczej nie zaskakuje. Niektóre rozwiązania scenarzysty są wręcz niezdarne. Można by się przyczepić do braku logiki w kilku momentach, brakiem pojęcia na temat fizyki ciał w stanie nieważkości itp., ale z drugiej strony ze świeczką szukać w dzisiejszych czasach produkcji, która robi to dobrze. Całość mimo braku zaskoczeń i przewidywalności jakoś trzyma się kupy, a co więcej przez to, że film niczego nie udaje, nie spodziewałem się w zasadzie niczego ponad to co dostałem. Niestety samo końcowe rozwiązanie problemów dziejących się na Avalonie jest bardzo słabe i moim zdaniem jest najsłabszym ogniwem Pasażerów.

Silną stroną filmu są za to postacie i prawdopodobnie to jest jeden z dwóch elementów, którzy spowodował, że Pasażerowie po prostu stali się przyjemnym filmem. W produkcji, gdzie na ekranie będziemy widzieć tylko garstkę osób ten aspekt trzeba dopracować i tutaj się to udało. Nie jest to może taki majstersztyk jak kreacja Sama Rockwella w The Moon (który wcielał się tam w samotnego astronautę w placówce na Księżycu), ale wyszło całkiem przyzwoicie. Tutaj scenarzysta stanął na wysokości zadania i nie spartolił głównych bohaterów. Na dokładkę zatrudniono śmietankę aktorską w postaci Jennifer Lawrance, Chrisa Pratta i Michalea Sheena, którzy potrafili bez dwóch zdań udźwignąć postawione przed nimi zadanie. Na szczególne uznanie ode mnie zasługuje ten ostatni, który wciela się w mechanicznego barmana. Natomiast to właśnie ewoluująca relacja między pozostałą dwójką napędza zainteresowanie tym filmem i jakoś mniej chce się czepiać co do łopatalogiczności samej fabuły.

Drugą rzeczą, która powoduje pozytywny odbiór Pasażerów to warstwa wizualna. Scenografia jest po prostu fenomenalna i robi bardzo dobry klimat. Czuć z jednej stronę przepych i ekskluzywność luksusowego liniowca międzyplanetarnego Avalon, a z drugiej stronę przepastną pustkę, bo nigdzie nie ma żywej duszy. Do tego nienaganne efekty specjalne, które nie są tutaj na pierwszym planie, a to z kolei bardzo sobie cenie w każdej produkcji science-fiction, bo jestem zdania że mają one pomagać w przekazaniu treści, a nie być treścią samą w sobie. Na wspomnienie zasługuje świetna scena z basenem podczas awarii sztucznej grawitacji – drobna, w zasadzie nie wiele wnosząca do fabuły scena, a robi duże wrażenie. Na pochwałę zasługuje też muzyka, która bardzo dobrze tutaj pasuje i pomaga też poczuć klimat filmu.

Łatwo się domyślić, że moja ocena tego filmu jest pozytywna. Najsmutniejszy jest jednak fakt, że romansidło w kosmosie okazało się dla mnie jednym z najlepszych filmów sci-fi 2016 roku. Zawiodłem się na Star Treku, Łotrze czy Nowym Początku, natomiast prosty w zasadzie w konstrukcji, nie żerujący na żadnej franczyzie i nie ogłaszający się przełomem wszechczasów film pokonał ich wszystkich. Co gorsze jest to problem słabości wielkich hitów, a nie Pasażerów, bo jak niejednokrotnie w tej recenzji podkreślałem Pasażerowie po prostu są tym, czym są. Niczego nie udają, nie są wydmuszką, do niczego nie pretendują. Jest to solidnie zrobiony film, który się bardzo dobrze oglądało. Ma on sporo słabości, ale potrafił mnie bardziej zainteresować niż wspomniane blockbustery. Dlatego jest to dla mnie chyba największe zaskoczenie 2016 roku, które pobiło pod tym względem nawet Pogromców Duchów i spokojnie podium wśród najlepszych filmów jakie widziałem w kinie w minionym roku. Pasażerom daje 7/10 i polecam obejrzeć ten tytuł bez żadnych oczekiwań i uprzedzeń, a jest duża szansa, że będziecie się bawić równie dobrze, co ja.