Star Trek Enterprise: Bound ? recenzja (odcinek 4×17)

Tym razem, dostajemy pojedynczy odcinek z samotną przygodą czyli taki powrót do przeszłości. Co jednak nie zatrzymało scenarzystów w ich pomysłowości i rozwijaniu uniwersum. Tym razem po Andorianach, Klingonach i i Tellarytach poznajemy trochę lepiej Orionów i ich system społeczny. W każdej serii Star Treka znajdziemy te piękne zielonoskóre tancerki, rozpalające zmysły mężczyzn.. Tutaj zaś dowiadujemy się, że to właśnie te gwiazdy są płcią dominującą na swojej planecie. Z kolei, ponieważ Archer już kilka razy zagrał na nosie Syndykatowi Oriona, trzy piękne niewiasty postanawiają pojmać naszą dzielną załogę. Trzeba przyznać, że scenarzyści dość umiejętnie bawią się tym pomysłem. Widzimy tu zahipnotyzowanego Archera jak i cierpiące inne kobiety, gdyż jak to powiedział doktor Phlox: „Orionki w ten sposób pozbywają się konkurencji”. Podoba mi się też to, że konflikt w maszynowni pomiędzy Tripem a nowo awansowanym inżynierem zaczyna się przed przybyciem Orionek a wątek z nimi jest umiejętnie wpleciony. Cały ten zabieg z feromonami, pozwala też scenarzystom pokazać uczucie, które rozkwitło pomiędzy Tripem a T’Pol. Krótko mówiąc, odcinek ciekawy fabularnie a i oko można nacieszyć pięknymi Orionkami. Na uwagę zasługuje też fakt, że w pewnym momencie tego epizodu pada informacja o Hegemonii Gorn, co jest bardzo miłym ukłonem w kierunku fanów. Polecam.