„Łotr 1” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

Przy okazji naszego spotkania wigilijnego (o którym piszemy osobno) nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności zobaczenia kolejnej premiery filmowej. Padło na hucznie zapowiadany spin-off Gwiezdnych Wojen, czyli „Łotr 1. Gwiezdne Wojny – Historia”. Niestety po seansie nasze miny nie były zbyt tęgie…

Recenzja według Śmiecha

W luźnych rozmowach ze znajomymi spotkałem się z różnymi opiniami o filmie: od hurra-optymistycznych (że niby prawie tak dobry jak „Imperium Kontratakuje”) aż po „taki sobie”. Tak wielki rozstrzał ocen może oznaczać, że film jest nierówny i składa się z elementów, które czasami powodują załamanie rąk, a czasami wybuch radochy wśród fanów. Niestety osobiście skłaniam się ku zdaniu, że jednak więcej jest tych elementów średnio-słabych.

Zacznijmy od nowych bohaterów, których jest po prostu za dużo. Na plakacie promującym film z załogą „Łotra” znajduje się pięcioro ludzi, dwóch obcych i jeden droid, a to sugeruje, że wszyscy są w jakiś sposób ważni. Do tego dodajmy głównego złego oraz jedną czy dwie postacie ważne dla fabuły, ale mniej pojawiające się na ekranie (np. Saw Gerrera czy Galen Erso) i nagle okazuje się, że nie starcza czasu, by wszystkich przedstawić, poznać i polubić. To ogromna wada, która powoduje, że gdy pod koniec wszyscy padają jak muchy, to nie obchodził mnie ich los. Jak mam się przejmować losem filmowego ktosia, którego nie znam, którego motywacja nie została przedstawiona i którego czasami nawet nie pamiętam imienia? Po wyjściu z sali kinowej nie umiałem nawet przypomnieć sobie imienia Ip Mana!

No dobrze. Skoro bohaterowie nie są mocną stroną filmu, to może jest nią coś innego? Np. „klimat Gwiezdnych Wojen”? Akurat ta kwestia jest dość… dziwna. Twórcy filmu wielokrotnie mówili, że nie chcą zrobić kolejnego filmu przygodowego i celują w bardziej mroczne, doroślejsze i poważniejsze klimaty. Trochę im się to udało. Nareszcie mowa o rebelianckich terrorystach i złu z obu stron konfliktu. Mam też wrażenie, że kolorystyka jest jakby bardziej przybrudzona i pesymistyczna. Ja rozumiem – taka wizja reżysera i doceniam to. Problem w tym, że zrezygnowano przy okazji z typowych gwiezdno-wojennych znaków rozpoznawczych, jak chociażby wjeżdżające napisy początkowe. I dlatego dziwnie mi się to oglądało. Niby SW, ale jednak nie do końca…

O sensowności fabuły nie będę się wypowiadać, bo pewnie Bartas będzie chciał tu sobie pofolgować. 🙂 Nie mogę się jednak oprzeć, by nie wspomnieć o realizacji i płynności fabuły. A ta rwie. Początek filmu to skakanie pomiędzy różnymi lokacjami, ale niestety takie skoki mnie osobiście okropnie przeszkadzają i sprawiają wrażenie braku składu i ładu. Tak, jakby reżyser za punkt honoru postawił sobie jak najszybciej pokazać widzom wszystkie lokacje. Przestało mi to przeszkadzać dopiero koło połowy filmu, ale mniej więcej wtedy film skupił się na Jedha i Scarif i przestał pokazywać inne miejsca.

Na duży plus muszę oddać twórcom to, że odrobili prace domową i wpletli do filmu mnóstwo drobnych nawiązań, które będą odkrywane jeszcze przez długi czas. Kilka dni po seansie na przykład dowiedziałem się w pracy, ze w bitwie zginął pilot „Red 5”, a to przecież taki kod wywoławczy miał Luke w bitwie o Yavin – wychodzi na to, ze zajął miejsce zmarłego pilota. To tylko przykład, bo fajnych smaczków jest mnóstwo. Owszem, pojawiają się też robione na siłę (tak odebrałem pokazanie R2D2 i C3PO) oraz bezsensownych (co na Jedha robili Cornelius EvazanPonda Baba na chwilę przed jej zniszczeniem, skoro kilka dni później dokuczali Lukowi na Tatooine?). Nie mniej jednak odniesienia do uniwersum to duży plus.

Ale nie wszystkie nawiązania do uniwersum i próby spojenia fabuły były trafne. Pod koniec widzimy Dartha Vadera. Totalny badass… Sam jeden prawie od niechcenia rozsmarował kilkunastu rebeliantów, zrobił im prawdziwą masakrę i to w taki sposób, że opadła mi szczęka. Ale potem przyszło otrzeźwienie… Według fabuły ten sam koleś, który tutaj przechodzi przez zastępy wrogich żołnierzy jak rozgrzane żelazo przez masełko kilka minut później – już w innym filmie – wchodzi na pokład Tantive IV. A tam jest powolny i pozwala, by szturmowców wybijano jak kaczki. Ponadto praktycznie tego samego dnia toczy pojedynek z Obi Wanem, który to pojedynek wygląda jakby był toczony przez dwóch zramolałych staruszków… Ten dysonans mnie odrzuca.

A skoro mowa o postaciach ze starej trylogii… Przyznaję, że byłem troszkę zaskoczony, gdy zobaczyłem Tarkina. I byłoby fajnie, gdyby nie jeden problem… Za dużo mam do czynienia z grafiką komputerową, żeby nie widzieć pewnych niedoskonałości przy cyfrowym odtwarzaniu twarzy zmarłego aktora, a te – niestety – uwierały… Jakość grafiki w pierwszej chwili troszkę nawet skojarzyła się z cutscenkami z serii gier Final Fantasy. Świetne, ale nierzeczywiste. Zdaję sobie sprawę, że część osób nie zwracała uwagi na ten problem i dla nich Tarkin na ekranie był czymś niesamowitym, ale dla mnie ten widok ciągle mieścił się w „dolinie niesamowitości” (dla niewtajemniczonych: to termin oznaczający, że sztuczny twór jest podobny do człowieka, ale niedoskonałości powodują w oglądających niepewność i odrazę). To jednak nic przy Leii… Ona wyszła jeszcze gorzej.

I nie mówcie, że nie da się zrobić twarzy komputerowych nie do odróżnienia od ludzkiej. Da się. Gdy oglądałem „Kapitana Amerykę: Wojnę bohaterów” dałem się nabrać na to, że postać młodego Starka jest prawdziwa. Tam udało się wygenerować twarz młodego Roberta Downeya o wiele, wiele lepiej.

Wiem, że do dziur fabularnych w każdym filmie z serii nie można się przyczepiać, bo okaże się, że rozwalają fabułęi dlatego nie będę wnikał w to, co robiła Leia w samym środku bitwy, ani dlaczego wojskowi Rebelii tak utrudniają sobie życie. Wszystkie, nawet najbardziej chwalone części sagi cierpiały na pewne braki logiki. 🙂 Przykład? Proszę bardzo: ukrycie syna Anakina Skywalkera na jego ojczystej planecie, bez zmienionego nazwiska, w dodatku u rodziny, pod cichą opieką poszukiwanego w całej galaktyce Jedi o niezmienionym nazwisku – to wystarczyło, by Vader nie znalazł Luka przez wiele lat. W Gwiezdnych Wojnach nie o logikę chodzi. To ma być fajna zabawa, przygodowa odskocznia, pełna tempa i specyficznego humoru. Z Łotrem kłopot polega jednak na tym, że po wyjściu z sali kinowej nie miałem wrażenia, że oglądałem coś fajnego. Wręcz odwrotnie. Postacie, których los miałem w nosie, mało odkrywcza fabuła, Vader niczym James Bond rzucający jednolinijkowce o duszeniu podczas force gripa… Zbyt dużo elementów nie współgrało. Wiem, że po seansie „Przebudzenia mocy” zarzucaliśmy filmowi wtórność, ale tam przynajmniej zachowano klimat oryginału i dano czas na to by na spokojnie poznać TRZECH nowych bohaterów.

Przykro mi. Dla mnie ciągle stara trylogia jest lepsza, niż nowe produkcje.

Recenzja według Wookiego

Dla mnie ten film to największy zawód roku 2016. Kilka tygodni zastanawiałem się, jakie w ogóle pozytywy mogę znaleźć dla tego tytułu i oprócz dwóch w zasadzie marginalnych, czyli wspomniana przez Śmiecha końcowa scena z Vaderem, która nareszcie pokazała dlaczego Vader to taki badass oraz świetna postać robota K-2SO, który przypominał mi Marvina z Autostopem przez Galaktykę wyleczonego z depresji. Oczywiście jest też jeszcze warstwa wizualna, ale w przypadku Gwiezdnych Wojen jest to akurat pewnik i nie można nic tutaj zarzucić. Nic więcej nie udało mi się znaleźć dobrego w tej marnej produkcji.

Co mi nie pasowało? W zasadzie wszystko. Scenariusz jest tragiczny, w zasadzie do tej pory zastanawiam się czy faktycznie istniał i lecieli na rympał. Postacie praktycznie nie istnieją, nie da się ich poznać a ta niby najważniejsza, czyli Jyn Erso jest tak nieciekawa i co gorsza niewiarygodna, że zęby bolą. DO tego ninja-jedi, ale nie Jedi, bo nie może być Jedi, ale wszyscy by chcieli żeby był Jedi (mam nadzieję, że nadążacie :-P), więc nie ma miecza tylko kijek i każdą swoją kwestię kończy chwytliwym mottem o Mocy. Natomiast reszty załogi to nawet dobrze nie pamiętam, wiem że sobie byli, ale po co? w zasadzie nie wiem. Tylko ten biedny robot próbował ratować sytuację, ale problem w tym, że jego charyzma już kompletnie przyćmiła resztę tych szaraczków.

Sama fabuła jest słaba, na dodatek w pierwszej części filmu wątki tak skaczą, że nie da się tego ogarnąć, a co gorsza pokazuje, że w zasadzie Rebelia do banda kretynów z żadnymi umiejętnościami strategicznego i taktycznego myślenia, która wprowadza byle kogo na swoją naradę taktyczną i wysłuchuje przemówień potencjalnej zdrajczyni. Natomiast „totalni ekstremiści” tejże Rebeli są tacy ekstremalni, bo… uwaga uwaga, bo to jest tak ekstremalne, że trzeba się przygotować mentalnie… atakują storm trooperów w mieście… ja się do teraz moczę w nocy na samą myśl tych okropnych fundamentalistów bez serca… Dziur logicznych jest tutaj tyle, że szkoda się w zasadzie znęcać nad leżącym.

Wszelkie pogłoski o wojenności tego filmu i w końcu odcieni szarości również można wsadzić między bajki i znów winny jest potworny scenariusz, bo umówmy się materiał na dobry film tu był: elitarna jednostka komadosów Rebeli, wykrada plany Gwiazdy Śmierci… coś jak „Parszywa dwunastka” lub „Działa Nawarony” tylko w realiach Gwiezdnych Wojen – byłoby to rewelacyjne i ja byłbym najarany na maksa. Zamiast tego dostajemy bandę niekompetentnych, nieznanych ludzi, którzy walą przemowy i jadą na fuksie przez dwie godziny filmu – po prostu masakra.

Osobiście jestem zawiedziony i rozgoryczony tym, co zobaczyłem. Dla mnie jest to film kompletnie niepotrzebny, nic nie wnoszący do uniwersum z potwornie marnym scenariuszem i reżyserią. Moja ostateczna ocena tego filmu to 5/10 tylko ze względu na walory estetyczne filmu oraz śmiesznego robocika, który sam podniósł ocenę o jedno oczko.