Star Trek Enterprise – czy warto?

Na temat tego serialu możecie znaleźć sporo, od zachwytów do nienawiści. Spróbuję tutaj podsumować ten serial, czasem go bronić, a czasem zganić. Przede wszystkim, żeby dobrze zrozumieć te skrajne opinie, musimy sobie uświadomić w jakim momencie przyszedł na świat ten serial. Powstał on bowiem zaraz po „złotym wieku” serii czyli lat 90, kiedy to były nadawane trzy seriale trekowe. Gdy został zakończony ostatni czyli Voyager twórcy stanęli przed trudną decyzją. Co dalej? Czy iść dalej w przyszłość i przeskoczyć o kolejne 100 (jak miało to miejsce w przypadku TOSa i kolejnego serialu). Przeciwko takiej decyzji było zmęczenie widzów wędrówką Voyagera i obawa o wtórność.

Pojawił się nawet pomysł serialu dziejącego się w Akademii Gwiezdnej Floty. Na szczęście został on odrzucony. I tak oto powstał pomysł prequela. Idea wg mnie świetna, pozwalająca odświeżyć serie, pokazując nie potężną Federację, ale właśnie słabych ludzi, którzy próbują swych sił w kosmosie. Niestety ten pomysł niósł również szereg pułapek i nie oszukujmy się, w większość z nich scenarzyści wpadli aż miło. No bo jak inaczej nazwać sytuację w której kapitan już nie krzyczy „osłony” tylko „polaryzacja kadłuba”? Co w zasadzie daje ten sam efekt. Zresztą pierwsze sezony to wypisz, wymaluj poprzednie serie. Znów niezbadany kosmos i dzielna załoga USS Enterprise. Zdecydowanie za mało jak dla mnie takich odcinków jak „Dear Doctor”, gdzie faktycznie widzimy zagubionego kapitana, kładącego podwaliny pod przyszłą filozofię Federacji. Sytuacja trochę się poprawia, zwłaszcza w 4 sezonie, gdzie scenarzyści zaczęli czerpać z dziedzictwa całej sagi. Co do fabuły mam jeszcze zastrzeżenie do zimnej wojny temporalnej. Według mnie to był totalnie niepotrzebny zabieg. Naprawdę nie jest mi potrzebne dodatkowe założenie fabularne w tej postaci. Jak to powiedział pewny mędrzec: jak nie masz problemu zrób prequel i już masz. Zrób potem zabawy w czasie i masz dwa problemy. Z prequelem wiążą się jeszcze dodatkowe problemy. Jak bowiem wytłumaczyć, że tak wielki dowódca jak Archer nie jest już potem nigdy wspomniany?

Jednak serial ten potrafi się obronić. Posiada bardzo ciekawe postacie, które fajnie się rozwijają wraz z fabułą.Dla takich postaci jak Trip czy Phlox warto obejrzeć ten serial.  Co więcej w miarę nieinwazyjnie wprowadza nas do uniwersum Star Treka i tworzy całkiem konkretną spójną historię z innymi seriami. Co mam na myśli? Przede wszystkim sezon 4, kiedy to mamy poruszone problemy Augmentów, czy wyjaśniona zmiana klingońskiego czoła. Trochę szkoda, że scenarzyści nie szli tym tropem od początku serii. Mistrzostwo dla mnie to również odcinek gdzie pojawia się Borg. Tak sprytne powiązanie filmu kinowego i serialu TNG – brawo! Żałuje, że serial został skasowany właśnie w tym momencie, zwłaszcza, że w sezonie 5 mieliśmy obejrzeć konflikt ziemsko-romulański, a przykład serialu DS9 pokazuję, że nic nie robi tak dobrze startrekowemu serialowi jak porządny konflikt. Mimo więc swoich wad (któż ich nie ma) na pytanie zawarte w tytule odpowiadam: warto. A przed nami kolejny serial spod znaku Star Trek, czyli przygody Kirka w kosmosie. Będzie zabawa.

 

Star Trek Enterprise: These Are the Voyages… – recenzja (odcinek 4×22)

Moi drodzy, doszliśmy do końca serialu Star Trek: Enterprise. Ostatni, finałowy epizod jest dla mnie osobiście, jednym z najlepszych odcinków w ogóle w historii całej serii. Zacznijmy od tego, że scenarzyści postanowili lekko zmienić perspektywę. Otóż w tym odcinku można odnieść wrażenie, że nie oglądamy już serialu Enterprise tylko zaginiony odcinek Star Trek: The Next Generation. Zabieg ten wprowadzony został poprzez użycie dwóch postaci ze słynnego USS Enterprise-D oraz scenerii jego pokładów. Odcinek, opowiada  o ostatniej podróży NX-01 prosto na miejsce uroczystości proklamowania Zjednoczonej Federacji Planet. Ponieważ oglądamy to z perspektywy Rikera, to mamy dodatkowe wrażenie wielkości danej historii. Genialnie zaś wyglądają momenty, gdy przenosimy się z Entka-D na pokład NX-o1. Widzimy wtedy jaką drogę przejdzie gwiezdna flota i jak sama konstrukcja stateku zmieni się na przestrzeni tych lat. Scenarzyści w odcinku mirrorowym nawiązywali do TOSa. Widzieliśmy złego Archera na legendarnym mostku klasy Constitution. Tutaj zaś nawiązują do TNG i według mnie jest to bliskie geniuszu. Co prawda, sama fabuła odcinka może zawodzić, bo praktycznie przez cały epizod  załoga leci na uroczystość, gdzieś po drodze pomaga Shranowi no i ginie jedna z postaci. Czy jego śmierć była potrzebna? Ciężko powiedzieć, mi osobiście jakoś ten fakt nie przeszkadzał, ale rozumiem zdanie tych, którzy twierdzą, że jest to scena „na siłę”. No i osoba, która dopiero zaczyna przygodę nie bardzo wie kto to Riker ani co to za dziwny statek. Za to jeśli dotrwa do 7 sezonu TNG, przeżyje miłe zaskoczenie. Wspomnę jeszcze o ostatnich minutach. Gdy widzimy trzy statki, noszące dumną nazwę Enterprise, a w tle słynną star trekową sekwencję, mówioną przez trzech kapitanów to wiemy, że przygoda w kosmosie dopiero się zaczyna. a przed nami jeszcze parę seriali.

Star Trek Enterprise: Demons, Terra Prime – recenzja (odcinek 4×20, 4×21)

Końcowe odcinki serialu sprowadzają nas na Ziemię, gdzie spotykają się przedstawiciele obcych ras, aby stworzyć wspólny traktat. Miłym akcentem dla fanów jest wspomnienie o uniwersalnym tłumaczu. Niestety podczas tak wielkiego wydarzenia do głosu dochodzą nasze (ludzkie) największe wady. Pojawia się ksenofobia, strach przed obcymi, w skutek czego do głosu dochodzi organizacja Terra Prime. Udaje jej się sztucznie stworzyć dziecko będące ludzko-wolkańską hybrydą (potomstwo naszych dobrych znajomych: Tripa i T’Pol), oraz zmienia kopalnie górniczą w statek i zajmuję działa, których zadaniem jest niszczenie komet. Można by oczywiście, przypuszczać, że tak potężna broń jest w jakiś sposób chroniona, ale kto by się tam przejmował. Ponieważ rodzice hybrydy również zostają porwani, Archer osobiście dowodzi grupą uderzeniową. Podoba mi się ten odcinek z paru względów. Przede wszystkim jest dla mnie takim ostatnim tchnieniem ludzkiej ksenofobii. W powietrzu czuć, że zbliża się jakieś wielkie wydarzenie, ludzkość nawołuje do pokoju i dialogu między planetami a tutaj jeszcze raz w historii górę biorą lęki i ksenofobie. Oczywiście ludzkość sobie z tym radzi i płomienna przemowa Archera pod koniec przekonuję obcych o naszej zmianie. Znamienne jest też to, że pierwszą istotą, która zaczyna klaskać jest Wolkanin, czyli przedstawiciel rasy, która najbardziej nas powstrzymywała przed przekroczeniem ostatecznej granicy. Bardzo dobre odcinki, które serdecznie polecam.

Spotkanie styczniowe 2017

Zapraszamy na pierwsze w tym roku spotkanie Poznańskiego Instytut Fanów Kosmicznych Odysei, które odbędzie się w sobotę, 21 stycznia o 18:00. Jak zawsze zapewniamy wysoki poziom geekozy, czyli rozmów o filmach, grach, serialach, książkach z szeroko pojętego gatunku science-fiction i nie tylko. Zaczynamy w food courcie w starej części Starego Browaru. Dodatkowo, tradycyjnie wybieramy się na wspólny seans do kina. Tym razem, z braku lepszego kandydata, wybraliśmy Assasin Creed. Po filmie, jak zawsze przenosimy się z dyskusją do Tanki Pub, żeby przy czymś chmielonym na żywo podzielić się wrażeniami z tego, co zobaczyliśmy w kinie.

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego – Recenzja

Miesiąc temu Netflix wyskoczył z serialem na motywach powieści Douglasa Adamsa „Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego”, a ponieważ pokręcony i abstrakcyjny humor jest mi bliski, a i motyw Sci-fi miał się pojawić, więc nie mogłem się oprzeć pokusie i spróbowałem zagłębić się w kolejne odcinki. Oj… Było dziwnie…

dalej „Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego – Recenzja”

Star Trek Enterprise: In a Mirror, Darkly part I i part II – recenzja (odcinek 4×18, 4×19)

Odcinki, będące jednym, wielkim ukłonem w stronę fanów serii. Widzimy tu alternatywną rzeczywistość (pamiętacie jak mówiłem, że każdy scenarzysta sci-fi uwielbia ten motyw?) w której ziemianie dążą do podboju kosmosu, zdecydowanie, nie za pomocą rozmów dyplomatycznych. Tworzą oni Imperium Terran i konsekwentnie oraz agresywnie dominują pozostałe rasy w kwadrancie. Dlaczego wspomniałem o ukłonie w stronę fanów? Zacznijmy od początku. Widzimy tam scenę z filmu „First Contact”, gdy Wolkanie pierwszy raz, oficjalnie nas odwiedzili. Zakończenie jest co prawda inne, ale zaświadczam, że każdy fan Star Treka radośnie, uśmiecha się na widok tej scenerii. Sam pomysł tej alternatywnej rzeczywistości przewija się w pozostałych seriach (tak, dowiemy się, co było dalej z Imperium Terran) a te dwa odcinki stanowią prequel kolejnych odcinków dziejących się w tej rzeczywistości. Natomiast wątek Tholian (o których słyszeliśmy również w „Enterprise”) i ich sieci również będzie poruszona w kolejnej serii czyli w TOSie. Co więcej, gdy widzimy tutaj, że zły (alternatywny) Archer odnajduję statek klasy Constitution o nazwie USS Defiant możemy być pewni, że jest to ten sam statek który zaginął w jednym z odcinków, właśnie TOSa. Skoro jesteśmy już przy tym statku, to mamy kolejne multum nawiązań. Archer w stroju Kirka (część załogi również ubiera się „TOSowo”), wspomnienia o Federacji czy wreszcie sam wygląd mostka zdobycznego statku. No i pojawia się Gorn. Jak sami widzicie, nawiązań tu mnóstwo i osoba znająca serię ma niesamowitą zabawę. Co jednak, gdy ktoś dopiero zaczyna przygodę z serią? No cóż, na pewno otrzymuję ona ciekawe, mocne dwa odcinki od których trudno się oderwać. To, że ciąg dalszy tej historii czeka nas w pozostałych seriach w niczym nie przeszkadza. Szkoda tylko, ze scenarzyści rzucają nas na głęboką wodę i nie tłumaczą, co to za rzeczywistość ani dlaczego losy świata potoczyły się inaczej. Mimo to warto a odcinki są bardzo dobre i godne polecenia.

Pasażerowie – recenzja

Udając się do kina na Pasażerów niczego w zasadzie rewelacyjnego się nie spodziewałem, jednak nie ukrywam, że byłem ciekawy tego tytułu. Ze zwiastunów zapowiadał się on na romans w klimatach Robinsona Crusoe w kosmosie,  dzięki czemu na seans dała się nawet namówić moja żona, która science-fiction docenia raczej bardzo wybiórczo :-).

dalej „Pasażerowie – recenzja”

Star Trek Enterprise: Bound – recenzja (odcinek 4×17)

Tym razem, dostajemy pojedynczy odcinek z samotną przygodą czyli taki powrót do przeszłości. Co jednak nie zatrzymało scenarzystów w ich pomysłowości i rozwijaniu uniwersum. Tym razem po Andorianach, Klingonach i i Tellarytach poznajemy trochę lepiej Orionów i ich system społeczny. W każdej serii Star Treka znajdziemy te piękne zielonoskóre tancerki, rozpalające zmysły mężczyzn.. Tutaj zaś dowiadujemy się, że to właśnie te gwiazdy są płcią dominującą na swojej planecie. Z kolei, ponieważ Archer już kilka razy zagrał na nosie Syndykatowi Oriona, trzy piękne niewiasty postanawiają pojmać naszą dzielną załogę. Trzeba przyznać, że scenarzyści dość umiejętnie bawią się tym pomysłem. Widzimy tu zahipnotyzowanego Archera jak i cierpiące inne kobiety, gdyż jak to powiedział doktor Phlox: „Orionki w ten sposób pozbywają się konkurencji”. Podoba mi się też to, że konflikt w maszynowni pomiędzy Tripem a nowo awansowanym inżynierem zaczyna się przed przybyciem Orionek a wątek z nimi jest umiejętnie wpleciony. Cały ten zabieg z feromonami, pozwala też scenarzystom pokazać uczucie, które rozkwitło pomiędzy Tripem a T’Pol. Krótko mówiąc, odcinek ciekawy fabularnie a i oko można nacieszyć pięknymi Orionkami. Na uwagę zasługuje też fakt, że w pewnym momencie tego epizodu pada informacja o Hegemonii Gorn, co jest bardzo miłym ukłonem w kierunku fanów. Polecam.