„Nowy początek” oczami załogantów klubu P.I.F.K.O.

W listopadzie wybraliśmy się na seans filmu „Arrival” (genialnie przetłumaczonego jako „Nowy początek”). Film był powszechnie wychwalany i zapowiadał się kawał solidnego i poważnego kina science-fiction. Rzecz w tym, że my – jak zwykle – mamy własne zdanie na temat tej produkcji…

Recenzja według Śmiecha

Przyznam szczerze: napaliłem się na ten film. Zapowiadało się poważnie, wręcz dostojnie, bez wybuchów i fajerwerków, co miało być miła odmianą od efektownych, ale pustych ostatnio produkcji. Tęskniłem już na seansem, który dałby do myślenia i skupiał się na scenariuszu, zamiast na gonitwach i wybuchach. Troszkę obawiałem się Amy Adams, ale co tam – jeśli scenariusz byłby dobry, to przeżyłbym kolejną Lois Lane. I prawie się nie zawiodłem.

Na Ziemi pojawiają się tajemniczy obcy i na szczęście scenarzyści nie roztrząsają sposobu, w jaki ci obcy się tu znaleźli. Problem w tym, że pojawienie się dziwnych statków i uświadomienie sobie przez ludzi, że nie jesteśmy sami w kosmosie uruchamia lawinę najróżniejszych zachowań. Część osób wita obcych z radością, część wieszczy koniec świata, część wprowadza anarchię i szabrowanie sklepów. Ot! Norma. Tyle tylko, że po pokazaniu zaledwie kilku scen ze świata scenarzyści szybko zapominają o pokazywaniu zwykłych ludzi i skupiają akcję prawie na kilku metrach kwadratowych. A tam mamy do czynienia ze specjalistką w zakresie językoznawstwa, która zostaje zatrudniona przez rząd USA do dogadania się z Obcymi. Oczywiście rząd (a w zasadzie rządy wielu krajów) grają na kilka frontów: z jednej strony starając się porozumieć z przybyszami, a z drugiej chcą się zabezpieczyć przed najgorszym i ugrać jak najwięcej dla siebie.

arrival01

I to jest według mnie jeden z najsłabszych punktów filmu. Działania rządów są tak sztampowe i przewidywalne, że aż zęby bolą. Od początku wiadomo było, że któryś prezydent czy inny sekretarz będzie machać szabelką i jedyną niewiadomą było to, jak bardzo źle na tym wyjdzie. Wojsko również zostało pokazane w zasadzie bez polotu. Mamy tu inteligentnego dowódcę niższego szczebla (oczywiście naciskanego przez „górę” o wyniki), kilkoro zdrajców chcących po cichu wysadzić Obcych  i pozostałą bezimienną bandę szeregowców wykonujących ślepo rozkazy. Nie pokazano niczego nowego..

Najmocniejszą zaletą filmu jest język obcych i pokazanie tego, jak dzielna pani naukowiec stara się go rozgryźć. Ktoś miał tutaj prawdziwy przebłysk geniuszu, bo język jest na prawdę bardzo zakręcony 😉 i inny od tego, co znamy. Fajnie zostały pokazane pierwsze próby dogadania się i kolejne kroki w dochodzeniu do porozumienia. Dla mnie przekonująco brzmiały nawet naukowe wywody głównej bohaterki (pewnie lingwiści odbierają to jako „technobełkot”, ale mnie brzmiało to fajnie).

arrival06

I tu dochodzimy do największego grzechu tego filmu, czyli do głównego „twista” związanego z językiem obcych. Sorry, ale w momencie jego ujawnienia autentycznie opadły mi ręce… Zwrot akcji jest tak głupi, nielogiczny i bzdurny, że nie chce mi się nawet domyślać, co chcieli nim osiągnąć twórcy filmu. Błagam… Samo poznanie języka obcych ma odblokować w ludziach nadprzyrodzone umiejętności prekognicji? Gdyby zatrzymać się na tym, że Obcy za 3000 lat będą potrzebować naszej pomocy i przybyli, żeby nas do tego przygotować – to bym jeszcze łyknął. Ale to, że poznanie języka ma nas wyrwać z liniowości czasu ? Powiedzmy sobie wprost: scenarzyści najzwyklej w świecie przekombinowali.

Trudno mi jednoznacznie ocenić film. Wspaniałe zdjęcia, nastrojowa kolorystyka i niepokojąca muzyka tworzą niepowtarzalny klimat. Od strony technicznej film jest zrealizowany wprost cudownie… Sam pomysł na język obcych i próby dogadania się dwóch zupełnie odmiennych ras są kapitalne. Bez fajerwerków i wybuchów oraz powolnym tempem udało się osiągnąć poczucie ni to klaustrofobii, ni to odosobnienia i zagrożenia. Nawet Amy Adams nie drażniła mnie tu tak, jak w „Batman v Superman”! Problem leży tylko i wyłącznie w idiotycznym rozwiązaniu fabuły, które potrafi zepsuć całą radość z seansu i powoduje, że człowiek ma ochotę strzelić sobie soczystego facepalma…

Recenzja według Wookiego

Również miałem ogromnego hype’a na ten film. Czekałem z jednej strony na duchowego następce „Kontaktu” na podstawie Carla Sagana, a z drugiej na film, o którym bym mógł powiedzieć, że jest to produkcja roku. W końcu 2015 rok dał nam Marsjanina, 2014 Interstellar, a jeszcze  rok wcześniej Grawitacja. Mocno liczyłem, że do tego znamienitego grona dołączy właśnie Arrival. Wszelkie recenzje, opinie i trailery zapowiadały, że właśnie tak będzie. Niestety film nie podołał. Może po części dlatego poniekąd, że oczekiwania wobec niego miałem ogromne.

arrival02

Ogólnie „Nowy początek” nie jest złym filmem. Klimat, zdjęcia, efekty specjalne dawały radę. Gorzej było już z muzyką, która momentami irytowała, a czasami nie byłem w stanie powiedzieć, czy to co słyszę to jest ścieżka dźwiękowa, czy obcy mówią coś do naszej głównej bohaterki. Sama koncepcja obcych i pomysł na ich język wręcz zakrawa o najlepsze słowa pochwały. Momentami może jeszcze dla mnie zbyt antropologiczne podejście tematu kontaktu było zaprezentowane, bo wyraźnie obcy myśleli w podobny sposób co ludzie, ale była to dobra droga. Szkoda jednak, że nie wykorzystano motywu dźwiękowego ich języka, a ostatecznie fabuła skupiła się na niezwykłym piśmie heptopodów. Podobały mi się też smaczki, które uwiarygodniały całą historię – zachowanie się społeczeństwa, puste sale wykładowe, telefony, popłoch panika. Na uwagę zasługuje też sama koncepcja próby wspólnego badania obcych przez ekipy z różnych krajów i stała wideokonferencja między zespołami badawczymi. Zabrakło mi też zdecydowanie większego pierwiastka naukowego w filmie. Niestety, dwa zdania na temat istoty komunikacji oraz policzenie do dwunastu przez fizyka teoretycznego to trochę za mało, aby film w ogóle mógł pretendować do miana gatunku fantastyki popularnonaukowej.

To wszystko jednak spokojnie jeszcze byłbym w stanie przełknąć, w końcu Gwiezdne Wojny też są jedynie wydmuszką science-fiction, a nadal je darzę sympatią. Problem jednak w pozostałych składowych elementach fabuły oraz bardzo słabym zakończeniu. Na dodatek wszystko zostało owinięte sreberkiem pseudorozkminy naukowo-filozoficznej nad kompletnie absurdalnym konceptem. Rozumiem nawet co twórcy chcieli osiągnąć, ale wyszło bardzo nieporadnie i absurdalnie. Do tego jeszcze oparcie wszystkiego na najbardziej oklepanych stereotypach na dodatek bardzo przerysowanych. Wojskowy dowódca, grany przez Foresta Whitakera to kliniczny przypadek kretyna i nie ma siły, aby w rzeczywistości mógł dojść tak wysoko i na dodatek dowodzić najważniejszą w historii misją. Władze rosyjskie i chińskie to też półgłówki, które jedyne co robią to zrywają komunikację i strzelają do wszystkiego, a później zadają pytania… a na koniec motyw rodem ze Batman v. Supermen i imieniem matki bohaterów.

arrival

Tak, wiem mocno się doczepiłem do filmu i można by odnieść wrażenie, że mi się zwyczajnie nie podobał. Nie jest tak do końca, ale spodziewałem się po prostu czegoś o wiele wiele wiele lepszego. Oglądało się to w zasadzie dobrze, jednak jeśli już podczas seansu czepiam się kilku rzeczy, to wiadomo, że taki film nie ma szans na to, aby był wymieniany jednym tchem z Marsjaninem czy Interstellarem. „Arrival” jest do tego strasznie nierówny. Ma przebłyski, miał potencjał, ale zostało to wszystko zmarnowane i przysłonięte błędami i, co mnie chyba najbardziej irytuje, otoczką, która ma sprawić wrażenie, że jest to poważne i ambitne science-fiction, a prawda jest zupełnie inna. Dlatego ostatecznie film oceniam na 6/10. Warto ten tytuł obejrzeć, chociażby aby zobaczyć ciekawą koncepcję języka, jednak arcydziełem, czy rewolucją  „Nowy początek” nie jest.

Recenzja według Bartasa

Ja z kolei, szedłem na ten film mocno sceptyczny. Miałem dziwne podejrzenie, że nie będzie to wybitne dzieło, a nawet nie średnie. Na tę opinię zapracował między innymi fakt, że moi znajomi, którzy byli na tym filmie mocno się podzielili. Jedni wpadli w zachwyt, drudzy wręcz odwrotnie. Problem polegał na tym, że do tej drugiej grupy zaliczali się fani sci-fi, a do pierwszej osoby nie bardzo lubiące ten gatunek filmowy.

Po seansie miałem już jasność dlaczego tak się stało, ale powiem o tym na końcu. Najpierw powiem co mi się podobało w tym filmie. Zasadniczo było to pierwsze pół godziny, no może godzina. Przylot obcych (chociaż potem pomyślałem sobie, że może nie przylecieli oni z kosmosu tylko podróżowali w czasie) i próba komunikacji. Z zapartym tchem patrzyłem jak główna bohaterka próbuje się porozumieć z kompletnie inną rasą niż my. I wtedy, nagle bez żadnego ostrzeżenia (no dobra były widoczne pewne symptomy) film pokazał swe drugie (prawdziwe?) oblicze. Genialnego pomysłu, który ktoś nie umiał przenieść na karty scenariusza. Nie chce być gołosłownym, dlatego podam przykłady: pierwszy dialog pułkownika z Louise był, delikatnie mówiąc głupi. Nie będę tutaj go przytaczał ale każdy kto oglądał ten film zapewne zwrócił na to uwagę. Niestety problem scenariuszowy nie kończył się na bezsensownych dialogach (praktycznie każdy dialog z pułkownikiem), ale zawodził również w warstwie fabularnej. Jest on tak pełen dziur logicznych, że mógłby się od niego uczyć każdy ser szwajcarski. Pomysł z podróżą w czasie był tak niesamowicie głupi, że moje szare komórki, prawdopodobnie ustawiły się w szeregu i postanowiły popełnić zbiorowe samobójstwo. Zapytacie dlaczego? Z bardzo prostej i banalnej przyczyny. Jeśli obcy (których wygląd bezczelnie zerżnięto z serialu Simpsonowie) przybyli do nas, bo za 3000 lat będą potrzebowali naszej pomocy, to wypadałoby się przygotować chociażby nauką języka istot, do których się przybywa. Dodatkowo zagmatwanie potęguję scena z chińskim generałem, gdy ten dyktuje jej swój numer. Powoduje to zadanie pytania: czy i on widział przyszłość? A jeśli tak, to dlaczego mimo to atakował obcy statek…

arrival05

Po drugie niesamowicie zawiodła mnie reżyseria. Zabolała mnie, zwłaszcza postać Iana, którego jedynym zadaniem był niesamowity twist na końcu, który zresztą wszyscy odgadli gdzieś w połowie seansu. We wszystkich innych scenach mam wrażenie, że reżyser kazał mu po prostu stać, a mina aktora dość jasno pokazuje, że nie bardzo wie co ma robić. Pojawia się zatem pytanie dlaczego części moich znajomych, jak i większości widzów film się spodobał? Mam na to własną teorię, odrobinę kontrowersyjną. W zalewie prostych blockbusterów, których jedynym zadaniem jest rozrywka ten film rzeczywiście sprawia wrażenie głębi i ocierania się o arcydzieło. Moi znajomi, którzy nie znają takich filmów jak Kontakt czy nawet Star Trek, zachwycili się koncepcją poznania języka a ponieważ nie widzieli innych filmów o podróżach w czasie nie uderzyły ich nielogiczności, które nas zabolały. Nie zrozumcie mnie źle. Film „Nowy początek” nie jest filmem złym. Jednak jestem przekonany, że gdyby powstał chociażby 10 lat temu, gdy nie byliśmy aż tak zalani filmami stricte rozrywkowymi przeszedłby bez echa. Teraz każdy taki film, bez wybuchów z intrygującym pomysłem z miejsca jest uznawany za dzieło absolutnie głębokie nawet, gdy jest wydmuszką jak ten. Czy polecam ten film? Raczej nie. Zdecydowanie poleciłbym coś z klasyki jak chociażby wielokrotnie wspomniany „Kontakt”, czy z nowych produkcji „Marsjanin.”