Star Trek Enterprise: Observer Effect – recenzja (odcinek 4×11)

Ten odcinek jest świetny. Mówię to całkowicie bez ironii. Historia opowiada o pewnej rasie, która dawno temu porzuciła powłoki fizyczne a obecnie sprawdza nowo poznane rasy w bardzo interesujący sposób. Otóż stacjonują oni przy planecie na której jest śmiertelny wirus i czekają aż ktoś załogi się nim zarazi. Następnie obserwują reakcję załogi na zarażonych i w ten sposób podejmują decyzję o kontakcie z daną rasą. Dowiadujemy się na przykład, że Klingoni zestrzelili prom z wirusem od razu a Kardasjanie trochę odczekali zanim zlikwidowali zarażonych. Oczywiście, ludzie wymykają się wszelkim konwencjom w związku z czym zadziwiają tę starożytną rasę tak bardzo, że aż zaczęła ona rozważać ona pierwszy kontakt z ludźmi. Dlaczego uważam, że to świetny odcinek? Mamy tu tak naprawdę wszystko czego moglibyśmy oczekiwać od odcinka serialu Star Trek. Tajemniczą rasę, ludzi pokazanych jako honorowych, walecznych i gotowych do poświęceń. Co więcej mamy tu poruszony problem poznawania nowych ras (w jaki sposób najlepiej?), czy rzeczywiście najlepiej jest kogoś poznać w sytuacji ekstremalnej? A pod koniec scenarzyści zafundowali nam kwestię zmian. Kiedy należy je wprowadzać, po czym poznać, że nasze sposoby są przestarzałe? Gorąco polecam ten odcinek jest nie tylko ciekawy ale i pouczający.

Star Trek Enterprise: Daedalus – recenzja (odcinek 4×10)

Tym razem scenarzyści fundują nam taki, spokojny, lekki odcinek w którym poznajemy twórce legendarnego wynalazku jakim jest transporter. Sama fabuła epizodu, kręci się zaś wokół jego syna który zaginął podczas używania wynalazku ojca. Teraz zaś jego protoplasta stara się go odzyskać. Nie będę was oszukiwał, nie jestem zachwycony tym pomysłem. Pokazano nam tu wielki umysł, który zostaje ogarnięty obsesją odzyskania syna więc oszukuje flotę, Archera i próbuje zamaskować swe poczyniania przed Tripem. Osobiście wolałbym, żeby ten naukowiec starał sie zrobić to o czym mówił czyli stworzyć potężniejszy transporter. Mógłby na przykład próbować i mimo niepowodzeń walczyć i dopiero na końcu się poddać. Byłoby to dla mnie ciekawsze, głębsze i bardziej ludzkie. Oczywiście ten odcinek nie jest zły. On jest nawet interesujący i na swój sposób wciągający. Co ciekawe pokazuje on, że Archer pochodził z rodziny z ciekawymi koneksjami. Tak więc odcinek trochę inny, zdecydowanie mniej akcji i lekko naciągany i (jak dla mnie) niepotrzebny pomysł który trochę przypomina mi pewien słynny odcinek serialu DS9. Mimo to warto go obejrzeć.

Star Trek Enterprise: The Forge, Awakening, Kir’Shara – recenzja (odcinek 4×07,4×08,4×09)

Po trylogii „augmenckiej” scenarzyści postanowili iść za ciosem i dać kolejne trzy spójne części. Tym razem koncentrujące się na jednej z najsłynniejszych i najpopularniejszych ras w świecie Star Treka, czyli Wolkanach. Niestety ten tryptyk jest nieco słabszy od poprzedniego. W tamtym widzieliśmy historię mocno osadzoną w uniwersum z mocnymi przeciwnikami i świetnym kosmicznym tłem. Tym razem, mamy historię wymyśloną od podstaw z dość nijakim przeciwnikiem (dopiero pod koniec się dowiadujemy kto jest prawdziwym wrogiem) i nudnawym pustynnym tłem. Cała historia toczy się wokół Archera, który jak się okazuję zostaje wybrany, aby uzmysłowić naszym spiczastouszym przyjaciołom, że źle zrozumieli nauki legendarnego przywódcy, czyli Suraka. Oczywiście są tu dość mocne elementy jak choćby śmierć matki T’Pol czy eskalacja konfliktu wolkańsko-andoriańskiego i zachowanie Tripa w tej kryzysowej sytuacji. Niestety nudnawa, pustynna sceneria nie pomaga historii, a co do samej historii to moim głównym zarzutem jest zrobienie z Archera wolkańskiego bohatera. Jak dla mnie jest to lekkie przegięcie i powoli tworzenie z niego nadczłowieka. Przecież równie dobrze kartę Suraka mogła dzielnie dzierżyć T’Pol. Co zaś do samej końcówki… No cóż, wprowadzenie, jako głównych prowodyrów spisku Romulan jest trochę dziwne. Powstaje pytanie od jakiego czasu, Naczelne Dowództwo Wolkan było zinfiltrowane przez słynnych krewnych? I dlaczego główny przywódca tak pokornie słuchał przedstawiciela Imperium Romulańskiego? Jednak wbrew tym wątpliwościom te epizody ogląda się całkiem przyjemnie i nikomu nie dzieje się krzywda. Gdyby zaś, scenarzyści zdecydowali się poczekać z tą trylogią zamiast dawać nam ją zaraz po świetnej historii o Augmentach nie czulibyśmy tak boleśnie kontrastu. Mimo wszystko polecam.

Star Trek Enterprise: Borderland, Cold Station 12, The Augments – recenzja (odcinek 4×04,4×05,4×06)

Wygląda na to, że scenarzyści wpadli na genialne rozwiązanie. Zamiast jednego wątku rozciągniętego na cały sezon dali nam skondensowaną historię rozpisaną na trzy odcinki. Pomysł wypalił w 100 procentach. Historia pościgu za Augmentami (podrasowanymi genetycznie ludźmi) jest ciekawa, wciągająca i co ważne nie traci tempa. Dodatkowo twórca tych Augmentów podróżuje razem z naszą dzielną załogą a gra go znany wszystkim trekerom Brent Spinner. Postać ta, czyli Arik Soong (nie mylić z jego wnukiem którego poznamy w TNG) jest genialnym naukowcem, przekonanym o potrzebie doskonalenia rasy ludzkiej. Jego przemiana gdy uświadamia sobie, że popełnił błąd tworząc ulepszonych ludzi jest mocną częścią historii. Innym mocnym punktem jest tworzenie uniwersum w postaci takich miejsc jak: targ niewolników, stacja badawcza czy wnętrze klingońskiego statku. Jeśli do tego dodać jeszcze uwagi o niejakim Khanie, dostajemy świetnie opowiedzianą historię, mocno osadzoną w świecie Star Treka. Na plus poczytuje również to, że scenarzyści nie zapomnieli o wydarzeniach z poprzednich odcinków i poruszyli kwestię Tripa i T’Pol oraz pokazali nam niejakiego doktora Lucasa czyli adresata listów Phloxa. Podsumowując scenarzyści postarali się dać nam ciekawą historię i udało się to idealnie. Oby tak dalej.

Spotkanie grudniowe 2016

Grudniowe spotkanie PIFKA odbędzie się wyjątkowo w niedzielę (18 grudnia). Zaczynamy również w nieco innym miejscu, od 19:00 znaleźć nas będzie można w restauracji Pekin. Planujemy nieco bardziej świąteczną atmosferę, jednak wszystko oczywiście w nieodzownej tematyce science-fiction.

Gambit Huttów – recenzja książki

Kolejna, środkowa część trylogii o Hanie Solo. Muszę przyznać, że podobała mi się jeszcze bardziej niż pierwsza. W tej powieści dowiadujemy się jak nasz ulubiony Korelianin poznał Chewbacce oraz jak odnalazł dom na Nar Shaddaa, czyli księżycu przemytników. Han zatrudnia się u niejakiego Jabby i zaczyna porządnie zarabiać. Naprawdę, dobrze się czyta o tym jak ta zagubiona dusza odnajduje wreszcie swoje miejsce w galaktyce. Niestety Bria Tharen, z którą Han uciekł z Ilezji w poprzedniej części nie chce „wyjść mu z głowy”, a z kolei ilezjańscy pielgrzymi wynajmują łowcę głów Bobę Fetta, aby go dopaść. Jakby było tego mało Imperium postanawia zniszczyć Nar Shaddaa, dzięki czemu pod koniec książki mamy ciekawy opis, kosmicznej bitwy. Dodatkowo w książce pojawi się „Sokół Millenium”, opis obyczajów Huttów oraz bardzo ciekawe przygody Hana i Chewbacci. Wątek z Imperium wprowadza nas powoli w okolice czasu „Nowej Nadziei”, a fakt, że miłość naszego przemytnika zaczyna się mocno udzielać w środowisku rebeliantów sprawia, że nie mogę się doczekać kolejnej części. Słowem podsumowania, w poprzedniej książce widzieliśmy jak młody Han dorasta, tutaj widzimy jak znajduje swoje miejsce. Polecam gorąco, bo jego historia, mimo, że pozbawiona Mocy i Jedi (a może właśnie dlatego) wciąga niesamowicie.

Star Trek Enterprise: Home – recenzja (odcinek 4×03)

Spokojny odcinek pokazujący naszych bohaterów w chwilach wypoczynku, zaraz po zwycięstwie nad Xindii. Czy to jednak oznacza, że odcinek jest nudny? Wręcz przeciwnie, powiedziałbym, że jest ciekawy jak rzadko który. Weźmy na przykład Archera. Fajnie pokazano tu, jak wydarzenia z obszaru wpłynęły na jego postrzeganie świata. Archer jest tu trochę bardziej cyniczny, gwałtowny i przede wszystkim przekonany o potrzebie uzbrajania nowych statków floty. Niesamowita zmiana wobec kapitana z pierwszych sezonów, wierzącego w ideały i powtarzającego, że Enterprise to statek badawczy a nie wojenny. Przemiana tym bardziej prawdopodobna, że sami widzieliśmy jak coś w nim pęka podczas trzeciego sezonu. Z kolei Trip i T’Pol dzięki swej podróży pokazują nam piękno Vulcana a także, że nas spiczastousi przyjaciele lubią się mścić i szukać kozłów ofiarnych. Ciekawie też pokazano nam zdolność T’Pol do poświęcenia dla rodziny. Najciekawiej jednak moim zdaniem dzieje się na Ziemi podczas imprezowania w barze Reeda, Mayweathera i Phloxa. Atak na tego ostatniego mocno pokazuje ksenofobiczne nastroje na Ziemi chociaż nie specjalnie logiczne. Oskarżanie Załogę Enterprise, że to przez ich lot naszą planetę zaatakowali Xindii jest lekko bezsensowne bo akurat ich nie sprowokowali. no ale w sumie ciężko spodziewać się logiki po ksenofobach. Odcinek świeży i przyjemny. A co ważniejsze pozwala nam lepiej poznać ważne postacie. Polecam.

Star Trek Enterprise: Storm Front – recenzja (odcinek 4×01,4×02)

Pierwsze odcinki czwartego sezonu to efektowne zakończenie wojny temporalnej. Cała akcja dzieje się w czasach drugiej wojny światowej, która dzięki machinacjom pewnej frakcji ze wspomnianej wojny toczy się trochę inaczej. Mianowicie Stany Zjednoczone zostały podbite przez nazistowskie Niemcy. W to wszystko miesza się Archer i dzięki zniszczeniu maszyny złej frakcji linia czasowa się wyrównuje a wojna temporalna się kończy. Napisałem, że zakończenie temporalnej wojny jest efektowne i jest to prawda. Samemu jej końcowi towarzyszą wybuchy, strzelaniny i śmierć wrogiego przywódcy. Jednak patrząc na całość tych dwóch odcinków jest jednak trochę słabo. Przede wszystkim cała historia nie daje rady i jest trochę nudna. Wprowadzono nam wroga, którego mamy nie lubić, ale praktycznie go nie znamy, a co gorsza pojawia się na ekranie bardzo krótko. Ciekawi też fakt, że skoro agenci temporalni nie dali rady Voskowi (tak się nazywa nasz główny antagonista), to dlaczego o wiele starszy Enterprise ma sobie poradzić? Oczywiście sobie poradził. Kolejna kwestia to zakończenie wojny temporalnej. Daniels stwierdza, że linie czasu się wyrównują, ale co ciekawe zmianie ulega tylko historia z dwóch ostatnich odcinków. Cała akcja z Xindi, mimo że również wywołana przez czasowe zawirowania, została taka, jaką pamiętamy. Również sam początek wyruszenia NX-01, który jak pamiętamy również miał związek z wojną temporalną. No! Ale żeby nie było, że odcinek jest mega tragiczny (bo wcale nie jest) napiszę też o pozytywach. Fajnie było zobaczyć podbite USA, a najciekawszy jest początek drugiej części „The Storm”. Widzimy tam Hitlera odwiedzającego Stany i wpatrzonego w Empire State Bulding. Dla tych paru scen warto się skusić i obejrzeć te dwa epizody. Po za tym akcja jest szybka i ogląda się to naprawdę przyjemnie. A skoro scenarzyści uznali, że czas skończyć z zimną wojną temporalną, to tym lepiej dla nas i zapraszam do czytania recenzji następnych odcinków o przygodach załogi kapitana Archera.