Autostopem przez Galaktykę – recenzja filmu

Każdy kto mnie zna, wie, że jestem wielkim fanem twórczości ś.p. Terrego Pratchetta. Uwielbiam jego absurdalne poczucie humoru i szalone pomysły. Pewnie ciekawi was dlaczego w recenzji filmu sci-fi piszę o autorze fantasy? Otóż film Autostopem przez Galaktykę jest niczym twórczość Pratchetta w kosmosie.

Wyobraźcie sobie tylko, że w wyniku budowy galaktycznej autostrady, Ziemia zostaje zburzona, a Artur Dent w ostatniej chwili zostaje uratowany przez sąsiada, który okazuję się być kosmitą. Następnie lądują na statku kosmicznym, gdzie poznają dwugłowego prezydenta Galaktyki i jego ziemską dziewczyną, aby uciekając przed Vogonami (rasą kosmicznych biurokratów) poznać odpowiedź na pytanie czym jest sens życia. A nie, przepraszam odpowiedź znają, brakuje im pytania. Brzmi absurdalnie? A w filmie jest jeszcze lepiej. Tańczące delfiny, spadające wieloryby, napęd nieskończonego nieprawdopodobieństwa. To wszystko sprawia, że film ogląda się doskonale, a zabawa jest przednia. Jedną z ról gra Alan Rickman chociaż stwierdzenie, że gra nie jest do końca trafne. Podkłada on bowiem głos pod Marvina, genialnego robota cierpiącego na depresję. I kradnie on każdą scenę. Trzeba też zauważyć, że gra tutaj jeszcze Martin Freeman oraz John Malkovic. Niestety nie wszystko jest tu idealne. Film zdecydowanie zbyt szybko się kończy, a widz ma wrażenie, że film nie wykorzystał całego swojego potencjału. Zakończenie niektórych wątków może trochę rozczarować ale nie jest tragicznie. Prawdopodobnie dlatego, że jest to ekranizacja tylko pierwszej części serii (trylogii w pięciu częściach). Jeśli więc macie ochotę na jazdę bez trzymanki, w świecie gdzie absurd goni absurd, a odpowiedzią na wszystko jest 42, to zapraszam do oglądania. I uważajcie na spadające wieloryby!!!