Star Trek Enterprise: Doctor’s Orders ? recenzja (odcinek 3×16)

Z tym odcinkiem mam mega kłopot. Z jednej strony jest to typowy zapychacz. Sezon mam mieć 24 odcinki i czasami trzeba trochę spowolnić akcję. Tutaj załoga natyka się na pewną „chmurę”, w której ludzie nie przetrwają. Odporny na to jest tylko Phlox, który ma za zadanie przez parę dni samotnie sterować Enterprise. Oczywiście samotność źle wpływa na doktora, więc o mało sam nie niszczy statku. Ogląda się to dobrze a żart z „Egzorcystą” nawet zabawny. Co więcej, mamy tu nawiązanie do świetnego odcinka z pierwszego sezonu „Dear Doctor”. Więc skąd mój kłopot? Przede wszystkim fabuła jest lekko wtórna. W co drugim serialu sci-fi widzimy osamotnionego bohatera a jakiś jego znajomy mu pomaga tyle, że tak naprawdę była to projekcja osamotnionego umysłu. Trochę też mi nie pasuję to, że Phlox zostaję sam na parę dni i jak dla mnie odrobinę za szybko zaczyna go „nosić”, ale można to wytłumaczyć wpływem tajemniczej „chmury”. Natomiast mój największy zarzut do tego odcinka jest taki, że po raz kolejny scenarzyści poszli na łatwiznę i użyli historii, którą już widzieliśmy w samym serialu „Star Trek”, a dokładnie z Voyagera. Bardzo nieładnie  i mimo, że odcinek ogląda się przyjemnie oceniam go dość nisko za prawie plagiat innego odcinka serii.