Star Trek Enterprise: Chosen Realm ? recenzja (odcinek 3×12)

Po poprzednim odcinku oczekiwałem jakiegoś mocniejszego uderzenia, niestety scenarzyści  tym razem spróbowali skopiować jeden z najsłynniejszych motywów TOSa. Mamy tu wiec historię o religijnej wojnie, gdzie fanatycy przejmują kontrolę nad Enterprise i chcą go wykorzystać aby zabić swoich wrogów. A żeby było podobniej do TOSa, konflikt religijny opiera się na bzdurnym założeniu, że jedni uważają, że strefa została stworzona w 9 dni a drudzy w 10. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sam pomysł aby tajemnicze kule stały się obiektem kultu jest naprawdę świetny. Również samo przejęcie Enterprise było ciekawe mimo podobieństw do podobnych wydarzeń w TOSie. Niestety scenarzyści ponownie poszli w sztampę. Wygląda to trochę tak jakby mieli jakiś dobry pomysł na odcinek ale potem w fazie produkcji coś przestawało działać. Nie oznacza to, że uważam ten odcinek za zły. Jest ciekawy, jest trekowy ale niestety podobny do pewnego słynnego odcinka TOSa. Nawet zakończenie jest podobne. No ale jest jeden motyw, który mnie totalnie zachwycił. Mianowicie Archer jako John McLain. Serio akcja z transporterem, a potem motywy ze szklanej pułapki są naprawdę świetne. Mam jednak nadzieję, że scenarzyści wezmą się za siebie i przestaną nam serwować odgrzewane kotlety w nowej panierce.