Luke Cage – sezon 1 – recenzja

Po kolejny serial z uniwersum Marvela od Netflixa sięgnąłem bez zastanowienia. Luke Cage był jedną z najciekawszych dla mnie postaci z Jessiki Jones i w zasadzie nie mogłem doczekać się jego historii. Serial ‚łyknąłem’ wraz z Julką przez weekend, więc to już powinno świadczyć o tym, że tragedii nie ma 🙂

Akcja dzieję się wyraźnie po wydarzeniach z Jessiki Jones, kiedy Luke ukrywa się na Harlemie pracując na czarno w dwóch miejscach. W słynnym na całą nowojorską dzielnicę zakładzie fryzjerskim (barbershop) u Popa jako sprzątacz oraz w prestiżowym klubie nocnym Harlem’s Paradise, należącym do gangstera Cottonmoutha, na zmywaku. Stara się nie wychylać, nie afiszuje się ze swoimi mocami, nie używa telefonów komórkowych ani kart płatniczych – chce być jak najbardziej incognito jak tylko się da. Dla tych, co nie mieli okazji obejrzeć jeszcze Jessiki Jones dodam, że nasz (super)bohater jest praktycznie niezniszczalny – nic nie jest w stanie przebić jego skóry oraz ma ponadprzeciętną siłę – zgniecenie pistoletu w kuleczkę złomu nie stanowi dla niego najmniejszego wysiłku. Łatwo się domyślić, że prędzej czy później zacznie iskrzyć pomiędzy Cottonmouthem oraz Cage’em i to staje się osią wydarzeń przedstawionych w pierwszym sezonie.

mv5bmtuymzgxmjq0m15bml5banbnxkftztgwndawmjcxmdi-_v1_sx1777_cr001777999_al_

Klimat jest kluczem tej produkcji. Nie tylko poznawałem co raz lepiej głównego bohatera, ale też atmosferę panującą w Harlemie. Oczywiście nie jestem w stanie zweryfikować, czy jest to zgodne z rzeczywistością, jednak ja to łykam i nie mam zastrzeżeń. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze nawiązanie do filmów sensacyjnych lat 70-tych i 80-tych z czarnoskórymi bohaterami w roli głównej, których najbardziej rozpoznawalną postacią był Shaft. Do tego dochodzi nieustanna, dobrze dobrana czarna muzyka lecąca w tle – blues, soul, hip-hop – na codzień kompletnie nie moja bajka, ale tutaj pasuje to rewelacyjnie, a nawet w jednym z odcinków wystąpił znany raper Method Man (chyba nawet bardzo znany, bo nawet ja go rozpoznałem 😛 ).

Sama fabuła nie jest jakichś wysokich lotów i czasami miałem co do  niej zastrzeżenia, jednak i tak jest dużo lepiej niż w pierwszym sezonie Daredevila. Na szczęście w przypadku Luke’a Cage mimo, że nie ma tutaj żadnych rewelacji, to przynajmniej scenarzyści starali się namieszać i mamy kilka zwrotów akcji, co powoduje, że nie występuje tutaj tylko jeden główny antagonista. Sam Cottonmouth współpracuje ze swoją kuzynką, radną Harlemu, do tego dochodzi tajemniczy Diamdondback oraz Shades – kumpel Luke’a z więzienia. Wszystko to się przyjemnie ogląda, różne twisty powodują, że się to nie nudzi, jednak brakuje mi tutaj wyrafinowania. Moim ulubieńcem w kategorii złoczyńców pozostanie jednak Killgrave z Jessiki Jones. Na tą ocenę mógł wpłynąć fakt tego, w którą stronę poszli scenarzyści z pomysłem na ostateczną konfrontację Cage’a. Nie zdradzając tutaj za wiele, dostaliśmy znów coś, co już nie raz widziałem w uniwersum Marvela i mocno się zawiodłem.

mv5botyzotqyndyxnl5bml5banbnxkftztgwnza1ndu4ote-_v1_sy1000_cr0014981000_al_

Mocną stroną serialu są też postacie drugoplanowe. Najbardziej rzuca się w oczy Misty Knight, czyli harlemska pani detektyw, która również posiada nadprzyrodzone moce. Być może nie tak spektakularne jak Avengersów czy Luke’a, ale bardzo pomocne w jej fachu. Ta postać świetnie rozwija się przez trzynaście odcinków i wyraźnie widać co wewnętrznie przeżywa w związku z wszystkimi wydarzeniami, w które została wciągnięta. Podobnie z resztą dzieje się z radną Mariah Dillard, która w trakcie toczącej się historii coraz bardziej schodzi na ciemną stronę mocy. Na uwagę zasługuję również Claire Temple, która wyrasta na postać łączącą wszystkie netflixowe seriale z uniwersum Marvela i w końcu dowiadujemy się o niej czegoś więcej. Przykładów świetnych postaci można by mnożyć i mocno podnoszą ogólną ocenę serialu.

Luke Cage i jego geneza również się bronią. Sam bohater jest wciąż sympatyczny, intrygujący i robi rozpierduchę kiedy trzeba w swoim oryginalnym, niezniszczalnym stylu. W to wszystko wpasowuje się humor sytuacyjny z nim związany – ciągłe zmiany bluz podziurawionych przez kule, easter egg do komiksu itp. Bardzo cieszę się, że wyjaśniono na ekranie skąd Luke ma swoje moce i jak de facto stał się Lukiem Cage’em. Sceny walki po prostu dają radę. Nie ma w nich finezji jak w Daredevilu, który dwoił się i troił aby unikać ciosów przeciwnika. Cage tego wszystkiego robić nie musi… on po prostu idzie i łupie piąchą w każdego przeciwnika po drodze i nie ma co ukrywać, ogląda się to z satysfakcją.

mv5bnjc2ntc4mjy5nf5bml5banbnxkftztgwndk5mtcxmdi-_v1_sx1777_cr001777999_al_

Podsumowując, Luke Cage to bardzo solidny serial plasujący się moim zdaniem gdzieś pomiędzy Jessicą Jones i Daredevilem. Ma on coś w sobie, co nie pozwala się od niego oderwać. Postacie, klimat, sceny walki z Lukiem cieszą oko. Wrażliwym może przeszkadzać jednak fakt, że jest to najbardziej brutalny z seriali marvelowskich i czasami odnosiłem wrażenie, że tej krwi jest nawet za dużo, jednak wydaje mi się, że jest to też ukłon do starych filmów sensacyjnych, na których twórcy się wzorowali. Fabularnie nie ma się co spodziewać fajerwerków, ale też nie ma tragedii – jest po prostu solidnie i przyzwoicie. Warto docenić natomiast porządne dialogi, bo tego na przykład Daredevilowi bardzo brakowało. Osobiście poleciłbym ten serial każdemu, komu nie jest straszne uniwersum Marvela lub komuś kto nie liczy na zawiłą historię.