Star Trek Enterprise: North Star ? recenzja (odcinek 3×09)

No panowie scenarzyści. Były delikatne pochwały za „The Shipment” lekkie zachwyty nad „Twilight” więc uznaliście, że nie trzeba się już starać? Inne wyjaśnienie jest takie, że po prostu kochacie westerny i przypadkiem zatrudniono was do pisania scenariusza do Star Treka. Dlaczego sie tak irytuje? Powiem wam drodzy czytelnicy. Otóż w tym odcinku, gdzieś w niezbadanym obszarze nasza dzielna załoga trafia na świat zamieszkały przez ludzi porwanych 300 lat temu z naszej planety. Oczywiście nasza dzielna rasa pokonała złych porywaczy i ułożyła sobie życie na nowej planecie tak jak potrafiła, czyli w stylu dzikiego zachodu. Echhh aż szkoda mi klawiatury na wypisywanie bzdur zawartych w tym odcinku. Począwszy od dziwnej rasy obcych, którzy mając technologię podróży miedzygwiezdnych nie dość, że daje się pokonać kowbojom, to jeszcze jak widać była ich tylko garstka skoro tak łatwo udało się wyzwolić ludziom. Warto też zaznaczyć, że ta rasa nie posiadała widać własnej cywilizacji albo byli wyjątkowo mili skoro wszystkie budynki wyglądają jak przeniesione z dzikiego zachodu (gdyby miała własną cywilizację to ludzie mieszkali by w ich budynkach a jeśli byli mili to im to zbudowali albo przenieśli). Nawet jeśli to nie była ojczysta planeta obcych tylko kopalnia to chyba mało ważna skoro przez 300 lat nikt się nie upomina o dostawy. Można by pytać skąd ci ludzie biorą kapelusze, ubiory, szkło broń i dlaczego się nie rozwijają i ciągle siedzą w klimatach dzikiego zachodu. Gdzieś tam w tle mamy fabułę z tradycyjną kliszą „bądźmy tolerancyjni”. Nieładnie panowie scenarzyści. Po wtopie z Extincion myślałem, że takie coś już mnie nie spotka. Zawiodłem się i to bardzo.