Continuum – recenzja sezonu 1

Przeglądając ofertę Netflixa trafiłem przypadkiem na serial Continuum, a ponieważ miało być o podróżach w czasie, więc z radością zabrałem się za oglądanie. I faktycznie coś tam było… Po pierwszym sezonie widać jednak, że zamieszanie z czasem to nie do końca to, co chcą nam pokazać twórcy, bo punkt ciężkości leży zupełnie gdzieś indziej. Poniżej kilka przemyśleń na temat tego potworka…

Zacznijmy od pierwszego wrażenia, jakie zrobił na mnie serial. I powiem tak… Jest „średnio”… Przede wszystkim widać, że nie jest to jakaś wielka produkcja, ale raczej typowe niskobudżetowe telewizyjne „coś”, jakich swego czasu pełno się pojawiało na tych mniej popularnych kanałach telewizyjnych. Zresztą Wikipedia podpowiada, że w Polsce można było oglądać Continuum tylko na kanale Puls 2. Nie ma tu efektownego CGI (o czym dokładniej za moment), aktorów i statystów też nie jest zbyt wielu, praktycznie większość zdjęć jest kręconych w jednym miejscu (Vancouver), a do tego całość jest dość ciemna i szara, a więc niewiele szczegółów widać na ekranie. Pytanie tylko, czy fabuła jest dobra na tyle, by wszystkie te niedogodności przestały przeszkadzać?

Nie Was kolorystyka materiałów promocyjnych nie zmyli - serial jest bardziej szary, ciemny i rozmyty.
Niech Was kolorystyka materiałów promocyjnych nie zmyli – serial jest bardziej szary, ciemny i rozmyty.

Historia zaczyna się w 2077 roku, w którym zbankrutowane rządy zostały przejęte przez wszechmocne korporacje. Za kulturę konsumpcji i niesamowity postęp technologiczny ludzie muszą zapłacić ograniczeniami swobód i wolności. Korporacje sprzedają Ci wszystko, wiedzą o tobie wszystko, a Ty masz tylko pracować, kupować i się cieszyć. To oczywiście nie podoba się pewnej radykalnej grupie o nazwie „Liber8”, która chciałaby przywrócenia starych swobód, wolności słowa i praw człowieka, a dąży do tego metodami terrorystycznymi. Najważniejsi członkowie Liber8 zostają złapani, skazani na śmierć, ale w ostatniej chwili uciekają w czasie do roku 2012. Rzecz w tym, że zabierają przypadkiem ze sobą jedną policjantkę – Kierę Cameron (w tej roli Rachel Nichols). I tu zaczyna się cała zabawa: Liber8 próbuje zmienić swoją przeszłość (a naszą teraźniejszość), by uniemożliwić dojście do władzy korporacjom, ale co chwilę przeszkadza im Kiera, korzystająca z policyjnego sprzętu z roku 2077 oraz dzięki pomocy pewnego hakera.

I tu pojawia się mój pierwszy zarzut: to nie jest historia o podróżach w czasie, bo taka podróż pojawiła się tylko raz. Cały pierwszy sezon koncentruje się na perypetiach Liber8 i Kiery Cameron w naszej teraźniejszości.

continuum_3

Kolejny zarzut dotyczy tego, jak łatwo podróżnicy z 2077 radzą sobie w dzisiejszych czasach. No bo pomyślcie sami: osoby bez przeszłości, bez dokumentów i z średnią znajomością realiów początków XXI wieku bez najmniejszych kłopotów zdobywają broń, wynajmują lub kupują mieszkania, zarabiają miliony na giełdzie, jeżdżą samochodami (choć takich w ich czasach już nie ma). Dlaczego jakiś urząd nadzoru giełdy nie zainteresował się, jakim cudem facet bez przeszłości i aktu urodzenia zarobił na życie w luksusach w kilka dni? Dlaczego policja pomaga Kierze i praktycznie zatrudnia ją w swoich szeregach, daje biurko, sprzęt i broń? Na podstawie kilku spreparowanych przez hakera dokumentów i bez sprawdzenia jej w innych agencjach? No błagam…

Postać hakera, a w zasadzie jego sprzętu i rzeczy, które z nim wyczynia, to kolejny minus tego filmu. Raczej nie mam zastrzeżeń do aktora (Erik Knudsen), choć gra typowego nastolatka, jakich spotykamy co chwilę w młodzieżowych produkcjach. Jako człowiek zajmujący się na co dzień techniką patrzę z politowaniem na to, co piszą scenarzyści… Cała stodoła wypełniona sprzętem komputerowym wartym kilkaset tysięcy dolców, choć wspomniane jest, że mieszkańcy farmy ledwo wiążą koniec z końcem. Być może właśnie dlatego, że młody przepuścił wszystko na serwery i monitory. 🙂 Całość działa niczym sprzęt detektywów z CSI, można za jego pomocą porozumieć się z Kierą na drugim końcu miasta (pomimo tego, że terroryści wyłączyli WSZYSTKIE sieci komórkowe i nie działa ŻADNA komunikacja), naprawić wyposażenie policyjne wynalezione kilkadziesiąt lat później, podłączyć do dowolnego systemu i zhakować każdy serwer, w każdej amerykańskiej agencji.

continuum_5

Martwi trochę sposób przedstawienia wizji przyszłości. Może czkawką odbija się tu niski budżet, ale powiedzmy sobie szczerze – to współczesne, niewiele zmienione budynki, pokazane najczęściej w nocy, na które nałożono tylko cyfrowo światła, neony i hologramy. Poza fruwającymi pojazdami nie ma tu praktycznie wcale tworzonej od podstaw trójwymiarowej grafiki, czy efektów praktycznych. Nie zrobiono świata od podstaw, a nawet nie zmieniono tego, co widzowie znają z początków XXI wieku. Architektura, wyposażenie mieszkań, ubrania czy zabawki – to wszystko ma dzisiejsze kształty, a od naszych przedmiotów różni się tylko nałożonymi cyfrowo światełkami. Twórcy się nie postarali.

Na koniec narzekania zostawiłem sobie wyposażenie Kiery z 2077 roku. Udało się jej zabrać kostium i broń. O ile spluwa jest dość standardowa (ma bajerancki celownik i potrafi się „teleskopowo” składać), o tyle jej kostium to małe cudo. Według scenarzystów materiał jest kuloodporny (tylko to łykam raczej bez zastrzeżeń), działa jak czapka niewidka, potrafi tworzyć wyładowania elektryczne obalające przeciwników (tylko gdzie tam jest bateria?), hakuje wszystko łącznie z bankomatami i sam się naprawia. W tym wszystkim najśmieszniejsze jest to, że kostium działa również na odsłonięte części ciała! Serio! 🙂 Pomimo tego, że okrywa bohaterkę od stóp po szyję i nadgarstki – a więc głowa i dłonie nie są okryte – to Kiera w trybie niewidzialności znika cała! Jeszcze śmieszniej jest z kuloodpornością. Już mniejsza z tym, że przypadkowe strzały mogą trafić w głowę (to problem również dzisiejszych kamizelek), to jeszcze w pewnych scenach bohaterka biega z niezamkniętym zamkiem błyskawicznym, jednocześnie mocno odsłaniając dekolt… I tu widać, że twórcy zamiast w logikę poszli w seksapil.

continuum_4

Film cierpi troszkę na „niskobudżetowość” i to niestety widać. A jednak pomimo tych wszystkich wad kolejnych odcinków nie ogląda się źle. Na duży plus muszę zaliczyć konstrukcję serialu, a mianowicie to, że każdy odcinek jest swego rodzaju zamkniętą historią. Jeden opowiada o próbie zabicia babki Kiery, aby uniemożliwić jej narodziny, inny o zbieraniu przez Liber8 lekarstwa dla swojego lidera, jeszcze inny o nie związanym z główną fabułą politycznym śledztwie. To wszystko wymusza na serialu odpowiednie tempo, bo każda historia musi zamkną się w kilkudziesięciu minutach. Owszem, w tle główna fabuła posuwa się odrobinę do przodu (np. w jednym odcinku kostium Kiery jest uszkadzany, w kolejnym haker go naprawia), ale poza pierwszym i ostatnim odcinkiem sezonu najważniejsze są małe historie, z których każda zajmuje jeden odcinek. Innymi słowy: dynamika jest ok.

Na plus muszę zaliczyć też nieprzewidywalność w zakresie uśmiercania głównych postaci. Może nie jest robione na skalę „Gry o Tron”, ale i tak byłem kilka razy zaskoczony, bo postać, o której sporo powiedziano nagle dostaje kulkę w łeb. Dodatkowo ogromną zaletą jest przedstawienie bohaterów, którzy nie są do końca czarno-biali. Liber8 z jednej strony walczy o słuszną sprawę, ale metody ma drastyczne. W retrospekcjach Kiery korporacje w przyszłości pokazane są, jakby miały sporo za uszami, zresztą sama Kiera aby przeżyć w 2012 roku pierwsze co robi, to kradnie kasę z bankomatu. To wszystko powoduje, że wszystko robi się o wiele bardziej interesujące i czasami dopingujemy tym złym, a czasami dobrym.

Nie oszukujmy się. Serial nie ma dużych ambicji i nie ma być stawiany na równi z „Łowcą Androidów”. Nawet „Człowiek Demolka” jest lepszym dziełem niż Continuum. Ale pomimo tych wszystkich minusów ma swój urok. Po prostu momentami jest tak rozkosznie zły, że aż dobry (i śmieszny), a w dodatku widać, że ma potencjał. Przecież nawet z małym budżetem można robić genialne produkcje, o ile postawi się na świetną, logiczną i interesującą fabułę (żeby daleko nie szukać: „The Outer Limits„). Na razie widać, że serial się rozwija, dlatego daję mu jeszcze szansę.

continuum_2

Do każdej opowieści o podróżach w czasie podchodzę jednocześnie z olbrzymimi nadziejami (bo ten motyw w SF najbardziej mnie rajcuje), ale jednocześnie z obawami (bo niewiele historii potrafi być opowiedzianych w przekonujący sposób i bez tworzenia paradoksów). A tutaj… nie ma kłopotu, bo w pierwszym odcinku wszyscy przenieśli się w przeszłość raz i przez 10 odcinków nie pokazano ani razu wpływu ich działań na rok 2077. Nie wiadomo zatem, czy będziemy mieli do czynienia z przykładem samospójności Igora Nowikowa, teorią wieloświatów Hugh Everetta, czy też scenarzyści dadzą ciała i dostaniemy dziury logiczne i paradoksy. Praktyka niestety pokazuje, że większość produkcji wybiera trzecią drogę, ale ponieważ Continuum jeszcze nie pokazało swojego prawdziwego oblicza, a ja naprawdę uwielbiam opowieści o czasie w SF, więc póki co oglądam dalej…