Battlestar Galactica ? ?Deadlock? (odcinek 4×16, recenzja)

Ellen oraz Boomer uciekają Calvilowi i docierają do floty. W pierwszej scenie. I to by było na tyle, jeśli chodzi o podsumowanie odcinka.

Dawno nie wiało tak nudą, jak w tym odcinku. Wszystko toczy się wolno, a co gorsza niektóre sceny są powtarzane. Przykład? Proszę bardzo. W pewnym momencie widzimy admirała, gdy bez słowa przechadza się wśród robotników i dogląda prac związanych ze zwmocnieniem wsporników okrętu. Ok. Po kilku minutach scena się powtarza. Potem jeszcze raz. A pod koniec odcinka kolejny. Pytam: serio!? O co tu chodzi? Po co pokazywać cztery razy tą samą scenę? Już po pierwszej widać, że Adama jest zdołowany i zatroskany. Kolejne trzy razy nie wnoszą nic nowego!

Nie dzieje się prawie nic, a jeśli już się dzieje, to jest to co najmniej dziwne… Okazuje się, że trzoda Baltara boryka się z przemocą ze strony bandytów wymuszających okup i fanty. Co robi Batlar? Wygłasza szumne słowa o miłości i poszanowaniu godności, a potem idzie po pomoc do Adamy. A co robi Adama? Daje mu zapasy broni i amunicji.

Ręce opadają… Po pierwsze: skoro Gajus jest teraz taki miłościwy, łaskawy i dobry dla wszystkich, to po co mu broń, którą na co dzień używają Marines? Jak to się ma do słów o przebaczeniu i do rozdawania wcześniej jedzenia potrzebującym? Po drugie: admirał dał człowiekowi, którego do niedawna uważał za zdrajcę, samolubnemu i tchórzliwemu zapas karabinów maszynowych wystarczających do przejęcia okrętu! Czy tylko ja tu widzę dziury w fabule?

Nie wspominam już o dziwnym zbiegu okoliczności, gdy podczas… miłych chwil Ellen i Saula akurat wtedy coś złego stało się z dzieckiem Saula i Szóstki. Znowu wciska się w serialu metafizyczną więź, której nie lubię.

Podsumowując: niedobrze się dzieje. A finał serialu tuż tuż!