Battlestar Galactica ? ?No Exit? (odcinek 4×15, recenzja)

Podejrzenia co do tożsamości ostatniego z Cylonów znajdują potwierdzenie, gdy w retrospekcji widzimy, jak Ellen odradza się na okręcie maszyn. Dobra wiadomość jest taka, że proces odradzania przywrócił jej pamięć, a zła, że jest więziona przez Cavila i odcięta od świata. Ludzie również dowiadują się kilku rzeczy, bo postrzał jaki dostał Sam w poprzednim odcinku nieźle miesza w jego głowie i też odblokowuje wspomnienia. To oznacza, że widzowie nareszcie dostają odpowiedzi…

W końcu poznajemy historię Cylonów, ich genezę i to, w jaki sposób powiązane są losy Ostatecznej Piątki, ósemki maszyn humanoidalnych i metalowych centurionów. Nie jest tragicznie… Owszem, nie wszystkie pytania zostały dostatecznie wyjaśnione i widać pewne nieścisłości w całej historii, ale pomysł na genezę tułaczki i rolę Cavila jest całkiem niezły.

A skoro o tym mowa… Postać Cavila nareszcie została rozwinięta i wcielający się w tą rolę Dean Stockwell wspaniale wykorzystał szansę. Jego monolog o niedoskonałościach ludzkiego ciała i chęci wyjścia poza nie na prawdę zapada w pamięć.

Co mi się natomiast nie podoba, to powrót do tej mistycznej „niekończącej się pętli wydarzeń”. Czyli do motywu, że coś już się kiedyś wydarzyło i wydarzy się ponownie. Trochę trudno mi pogodzić świat, w którym czyny ludzi (czy też maszyn) z wolną wolą nie mają na nic wpływu, bo nad wszystkim czuwa jakieś niewyjaśnione fatum, a los i tak jest przesądzony. Taka mistyka nie pasuje mi do realiów serialu, w którym można zrobić cokolwiek, łącznie z podróżą szybszą niż światło. Mimo wszystko wolę świat deterministyczny.

Cieszy mnie, że scenarzyści zaczynają odpowiadać na pytania i w końcu ujawniać kulisy całej historii. Tylko po co włączać w to mistycyzm?