Star Trek Enterprise: The Expanse ? recenzja (odcinek 2×26)

Nieznana sonda obcej rasy atakuję Ziemie z niebywałą mocą. Okazuję się, że sonda pochodzi z niezbadanego obszaru galaktyki zwanego „obszarem delfickim”. W odpowiedzi na atak gwiezdna flota wysyła swój najlepszy statek: Enterprise…

Jedno trzeba przyznać scenarzystom. Lekcję z Hitchcocka odrobiona w całości. Gdy w pierwszych scenach widzimy atak sondy bojowej, jesteśmy autentycznie w szoku. Potem jest jeszcze lepiej. Krytyczne uwagi wolkan, śmierć siostry Tripa i jego problemy emocjonalne oraz rozterki T’Pol to naprawdę coś pięknego. Gdzieś tam są jeszcze klingoni w postaci Durasa ale jako typowa zapchajdziura. Po za tym na pochwałę należy też dodać sam rozwój gwiezdnej floty. Nowe uzbrojenie NXa i pojawienie się komandosów zwiastuję nowy rozdział w historii floty. Rzecz jasna to wszystko powiązane jest z zimna wojna temporalną. Oczywiście rozumiem też, czemu ten odcinek mógł lekko zirytować największych fanów serii bo o tym ataku jak i o zniszczeniach na Ziemi nie było mowy w poprzednich seriach ale uważam, że to zwykłe marudzenie. W końcu w innych seriach tak rzadko bywaliśmy na Ziemi, że nasza niewiedza o tym jest uzasadniona. A cieszy mnie, że scenarzyści odważyli się pójść do przodu i zacząć rozwijać fabułę w sposób ciągły, odchodząc od schematu „one week, one story”. Jak dla mnie – jest spoko.