Kenobi – recenzja książki

Żywiłem co do tej książki nie lichą nadzieję. Oczekiwałem, że być może poznam dzieciństwo Obi-wana i jego szkolenie pod okiem Qui-gon Jinna. Jeżeli nie to liczyłem na historię co się z nim wydarzyło podczas tułaczki na Tatooine aż do pamiętnego spotkania. Niestety autor postanowił nam opowiedzieć co wydarzyło się na Tatooine bezpośrednio po „Zemście Sithów”. I zrobił to na tyle nieudolnie i nudno, że wyszło mu coś jak skrzyżowanie westernów Johna Wayne z klanem. Pewnie, że sceneria Tatooine pozwala na westernową stylizację. Tylko czy to musiał być szkic numer 15: na samotną wioskę napadają złoczyńcy (tutaj Tuskeni) ale do miasta przybywa tajemniczy nieznajomy który na zawsze odmieni losy jej mieszkańców? Cała historię można odgadnąć po pierwszym rozdziale a żeby było zabawniej wkręcono tu Obi-wana w romans co kompletnie nie ma sensu, jeśli czytaliśmy poprzednie książki i znamy jego charakter. Niestety kompletnie stracony czas na tę książkę z której nie dowiemy się nic co wzbogaciłoby naszą wiedzę o odległej galaktyce. (No dobra poznamy trochę zwyczaje mieszkańców Tatooine ale jakby to powiedzieć, jest to nie za bardzo interesujące). Nie polecam.