Battlestar Galactica ? ?The Hub? (odcinek 4×09, recenzja)

Dobrze przewidziałem. 🙂 Poprzedni odcinek pokazał nam zdarzenia we flocie, ten omawia to, co w tym samym czasie działo się z cylońskim okrętem. A tam nie jest wesoło, bo zmuszone do współdziałania oddziały ludzi i maszyn skaczą sobie do oczu…

…ale dość krótko. Mam wrażenie, że wzajemną niechęć i nieufność najbardziej było widać podczas odprawy pilotów, bo gdy tylko rozpoczęła się walka, to wszyscy razem zgodnie wypełniali plan działania. Helo bez problemów i większych wątpliwości działał ramię w ramię z sobowtórem swojej żony i tylko ów sobowtór wykazywał jakieś podwójne dno i emocje. No! Może jeszcze pani prezydent przechodzi mała przemianę przy umierającym Baltarze…

Przyjemnie oglądało się walkę, jak zwykle scenarzyści wymyślili interesujący plan działania dla swoich bohaterów. Tylko jakim cudem udało się wygrać bitwę JEDNYM okrętem i kilkoma myśliwcami? Aż wierzyć się nie chce, że siły Cylonów broniące najważniejszy okręt są tak słabe! Co tam się wyprawia? Przecież Cyloni na początku serialu zaatakowali jednocześnie 12 planet i zabili praktycznie całą populację ludzi! I nagle się okazuje, że połowa cylonów, która przeszła na stronę ludzi ma w posiadaniu jeden uszkodzony okręt, a to oznacza, że pozostała połowa powinna mieć mniej-więcej podobne siły…

Skoro siły maszyn są tak słabe, to dlaczego ludzie, zamiast ciągle uciekać, nie zawrócą i zmierzą się w jednym, otwartym boju?

Żeby była jasność: odcinka nie ogląda się źle, bo tempo fabuły znacznie przyśpieszyło. Ciągle coś się dzieje i sytuacja bohaterów zmienia się nieustannie, ale serial dawno stracił tą fajną fantastyczno-naukową otoczkę i klimat nieustannego zagrożenia, które tak mnie zachwyciły na początku.