Battlestar Galactica ? ?Faith? (odcinek 4×06, recenzja)

Bunt na Demetriusie bardzo szybko się kończy, gdy Kara podejmuje męska decyzję i leci spotkać się z Cylonami sama. W sumie nie dziwię się jej, bo wizja skumania się z Cylonami na pewno jest bardzo kusząca. Jednak sam proces dogadywania się dwóch zwaśnionych nacji przebiega dość dziwnie…

Mam na myśli to, że jest dużo skrajności w całym procesie. Z jednej strony mamy ofiary – do tego bardzo brutalnie lub głupio zabite. Gaetha może stracić nogę, załogantka Demetriusa ginie chwilę po pierwszym pojawieniu się na ekranie, a jedna z Szóstek jest poświęcona przez własnych tylko po to, żeby „sprawiedliwości” stało się zadość, a jednocześnie by pokazać, w jak tragicznej sytuacji są maszyny i jak bardzo są zdesperowane. To wszystko ma pokazać widzowi, że sytuacja jest niesamowicie poważna…

…ale z drugiej strony postacie bardzo szybko akceptują śmierć towarzyszy i przechodzą nad nimi do porządku dziennego. Po śmierci marines czy Szóstki pada na ekranie jedno, czy dwa zdania, po czym bohaterowie usilnie wracają do swoich zadań. Jakby śmierć w tym odcinku była dla obu stron ceną jak najbardziej do przełknięcia. A skoro sami bohaterowie nie chcą lub nie mogą przejąć się zabiciem kilku swoich, to tym bardziej mało obchodzi to widza, który ogląda to na ekranie.

Cieszy mnie to, że proces godzenia się wrogów jest pokazany jako trudny i wymagający ofiar. Ale mimo wszytko brakuje mi dramatyzmu, a same ofiary są tu potraktowane jak dla mnie odrobinę zbyt infantylnie.

Nie mniej cieszy powrót scenarzystów do formy. To całkiem niezły odcinek.

Poza tym cieszy gościnny występ gwiazdy trekowej. 🙂